-Grunar?
Mężczyzna odwrócił się na koniu i zerknął na towarzysza. Jego poorana
twarz jak zwykle przypomniała mu ile razem przeszli. Sam nie wyglądał
lepiej z uchem dotkliwie poparzonym. Żywot najemnika kwiatami usłany
zdecydowanie nie jest.
-Hę?
-Jak myślisz, wyrobią się na czas?
Grunar chwilę milczał. Spojrzenie niebieskich, bystrych oczu, nie
pasujących do postury łysego mięśniaka, przez chwilę utkwione było w
kamiennym moście pod nimi, gdy zjeżdżali po zboczu góry starym,
zrobionym przez krasnoludy traktem. Solidny, dobrze ułożony kamień,
musiał mieć pewnie kilka wieków.
-Mam nadzieję Bodik. Mam nadzieję... Inaczej czeka nas nie miła niespodzianka.
-Przynajmniej może zdążymy se pochędożyć.
Grunar parsknął cicho.
-Tobie jak zawsze jedno w głowie. Za góra trzy dni do Lerden dotrze
banda tego całego lorda Mordena i co zrobimy? G zrobimy! Już i tak
depczą nam po piętach.
Bodik żachnął się, ale nic powiedział. Powoli wjechali na most nad
przepastnym kanionem w dole. Po ich prawej stronie, daleko widać było
zarys wodospadu, rzygającego wodą, że aż miło patrzeć. Po godzinie jazdy
dojechali do Lerden. Grunar zadał sobie dobre pytanie...
Kto u licha wpadł na genialny pomysł, by zbudować miasto w kotlinie?
Jasne, super, można do niego podejść tylko od jednej strony, gdzie czeka
wysoki mur zrobiony ręką krasnoludów i ludzi, bo reszta osłonięta
wysokimi górami, jakby wielki potwór chapnął stąd kawał skały, ale... A
gdyby tak mieszkańcy chcieli nawiać? Jedyna droga prowadziła przez
otwarte pole przed miastem, a zgadnijmy, gdzie będą stacjonować
oblegające go siły?
A te się zbliżały. Niejaki lord Morden postanowił zagarnąć sobie te
ziemie, a dumny, krasnoludzki tan Meder syn Merena, nie miał zamiaru
ułatwiać mu zadania.
I dobrze, bo jeśli wygrają, to do ich kiesy wpadnie sporo krasnoludzkiego złota.
Ale wojen nie wygra się tylko złotem, jeśli nikt go nie chce, bo wolą łaski tego lordunia. Trudno, więcej dla nich.
Wjechali przez bramę, gdy potwierdzili listem swą tożsamość. skierowano
ich do karczmy. Godzinę później Grunar siedział już popijając powoli
kufel ludzkiego, rozwodnionego piwa (krasnoludzkie będzie pił po
oblężeniu) i dogryzając kawał kiełbasy. Przed nim siedział Bodik, który
już przydybał sobie jakąś tutejszą dziewkę o długich warkoczach i
uroczym uśmiechu. Bodik, mistrz topora i kuszy, gość, który kocha lać
się po mordzie z byle pretekstu, znów uśmiechał się potulnie do
dziewczyny, która zasypywała go pytaniami o szeroki świat.
Grunar uśmiechnął się do własnych myśli. Że też ta wielka, brzydka jak
noc październikowa beczka testosteronu robiła się przy kobietach tak
grzeczna. Wstał powoli i wyszedł na zewnątrz karczmy, by raz jeszcze
odetchnąć głęboko. Nie chciało mu się wracać, więc tylko poprawił miecz i
ruszył na miejski mur. Jakiś młody blondasek akurat pełnił wartę. Miał
może... Szesnaście wiosen na karku?
Diabli wiedzą...
Jedno jest pewne, bał się, cholernie się bał. Ale włącznie trzymał
pewnie, co zdradzało, że krasnoludy zawczasu wszystkich przygotowywały
na taką ewentualność.
-Ponoć jeszcze kto ma przyjechać nam dopomóc.
Grunar pokiwał głową opierając się o mur.
-Różne plotki chodzą. Że jakiś mag się pojawi, bitny oddział
krasnoludów... A nóż jakiś ludzki? Ylfy by się przydały z łukami. Choć
nie, kusze brodaczy bardziej. Macie tu jakąś broń palnął?
Blondyn pokiwał energicznie głową.
-Tak... Będzie z mały oddział krasnoludów z rusznicami, no i mamy te ich orge... orgar...
-Organki...
Dokończył Grunar i prześlizgnął wzrok po murze. W ostatnich basztach,
jak gdyby wtopionych w skałę widział wyraźnie stanowiska na jedną z
najlepszych krasnoludzkich broni. Osiem połączonych ze sobą,
pomniejszonych dział robiło spustoszenie każdą salwą. Ale... Wiedział aż
za dobrze, że w najlepszym przypadku mogą liczyć na stosunek 1:10. I to
jeden to właśnie ich, obrońców. A pewnie będzie jakieś 1:12. Diabli
wiedzą...
Zaciągnąłby się do lorda, ale... Znał go dość dobrze. To właśnie on
kazał mu przypalić część twarzy pochodnią. Za co? Śmiechu warte, za
rzekome: zawracanie głowy jego córce.
A czemu śmiechu warte?
Bo to z jego żoną romansował, jako oficer najemników podczas jakiejś
jego kampanii. I to dało mu doświadczenie, by wiedzieć, gdzie i co jak
rozstawią. No przecież nie nająłby się jako prosty miecz, co to to nie.
Spojrzał na powoli zachodzące słońce.
-Jutro czeka nas sporo pracy młody.
Poklepał blondyna po ramieniu.
-Jak Cię zwą?
-Melik... Panie.
-Melik... I ja nie żaden pan, tylko Grunar po prostu. Trzymaj się...
Najemnik wrócił do karczmy. Bodik znikł gdzieś z młódką. Nawet nie
musiał się domyślać gdzie. Dopił piwa i oparł się o ścianę. Przez chwilę
przyglądał się ludziom i nieludziom w karczmie. Ludzie wyraźnie szukali
sposobu by odreagować, jakaś dziewka puszczała mu oczko. Nie zwrócił
uwagi...
Krasnoludy...
Siedziały i piły, rozmawiały przyciszonym głosem, czasem wybuchając śmiechem.
Zerknął ku wejściu. Ktoś je otworzył i do środka...
-Grunar!
Zawołał do najemnika krasnolud o długiej, rudej brodzie. Łysy
natychmiast zerwał się miejsca i ruszył do krasnoluda. Za nim stał
kolejny, w bogatej, doskonale wykonanej zbroi i z długi i szerokim
mieczem na plecach i zadbaną blond brodą, gdy sam rudy miał na plecach
prostą tarcze, na łbie hełm z rogami , miecz i młot przy pasie.
-Boron! Mredren! Cholerni miło mi was...
Urwał, gdy rudy przywalił mu z piąchy w brzuch.
-Ha! Mówiłem, że się odwdzięczę!
Zawołał wesoło rudy. Grunarowi nie było jednak tak wesoło.
-Mnie też... Cię miło widzieć.
Mruknął prostując się. Blond krasnolud skinął jedynie głową. Jak zwykle
poważny, dostojny, dawał nieomylne wrażenie bycia kimś ważnym. I był...
Ale to dawne dzieje.
Za brodaczami wszedł ktoś jeszcze. Wyższy nawet od Grunara jaszczur o
piaskowych łuskach, odziany w skórznie, z tarczą na plecach i długim
mieczem u boku. Najemnik słyszał o tej broni. Ponoć duchy pustyni
wykuwały takie ostrze dla każdego jaszczura, który przeżył drogę do nich
i ich testy. A to znaczyło, że ma przed sobą nieznanego mu, twardego
jak krasnolud w kłótni o wyższość złota nad każdym innym kruszcem,
wojownika.
Jaszczur spojrzał na mężczyznę niepewnie, ale odezwał się pierwszy.
-Feres'Erts.
Wyciągnął do człowieka dłoń pokrytą piaskowymi łuskami.
-Grunar. Według ojca nazwisko splamiłem rzucając w cholerę
arystokratyczne pochodzenie, więc wybaczysz mi, że się nim nie
przedstawię. Co znaczy twoje imie?
Jaszczur pozwolił sobie na lekkie falowanie ogona. Lubił, gdy ssaki wiedziały co nieco o jego kulturze.
-Grunt o który warto się oprzeć.
Łysy uśmiechnął sie. Podniósł dłoń by zmierzwić czarną brodę, która jednak krasnoludom dorównać nie mogła.
-Siadajcie. Przyjechaliście bić się?
-A jakże!-zawołał rudy Boron- za dziewki, honor i kamień! W tej kolejności!
Mredren pokręcił głową i odezwał się, jak zwykle spokojnym głosem.
-Mam swoje powody. Ale Boron ma rację, honor jest wśród nich.
-A ty jaszczurze? Za co się bijesz?
-Dla wyzwania. By sprawdzić się.
Najemnik pokiwał głową. Wszyscy siedli do stołu i po chwili wznieśli kufel w toaście. Born zapytał się wesoło.
-Bodik jest z tobą?
-Jest... Zgadnij gdzie.
Rudy zarechotał, jaszczur spojrzał się pytająco na towarzyszy.
-Długo by gadać. Niektórzy pomimo brzydkiej gęby mają słabość do prostych dziewek, a dziewki do nich.
Odpowiedział Grunar i oparł sie o ścianę.
-Tak czy siak, będzie wesoło. Wiecie, czy ktoś jeszcze ma przyjść?
Tu ożywił się Mredren.
-Zebrałem sporą grupę młodych. Gdy wszkolimy sie i będzie nas więcej,
odbijemy mój dom a oni tam zamieszkają i utworzą własne klany. Póki co,
walczymy dla innych.
Najemnik pokiwał głową. Mieli szanse. Nawet spore... A coś w kościach mu mówiło, że ktoś jeszcze się zjawi.
Jaszczur zaś wydawał sie spięty. Zapachy nacierały na jego język brutalnymi falami. Ale...
Czuł się dobrze.
Czuł, że zadowoli przodków. Krasnoludy to dobre towarzystwo. Wie co to
honor, odwaga. Ceni wolność i bystrość. Jedynie gdyby jeszcze bardziej
cenili higienę...