-Co robisz?
-Piszę.
-Na bloga.
-Mhmm...
-O czym?
-Mógłbyś się...
Zamarłem, zdając sobie z czegoś sprawę. Odwróciłem się w prawo, na obracanym, skórzanym fotelu i włączyłem lampę. Na biurko walało się parę kubków po herbacie. Zawsze zapominałem je znosić, a gdy było ich już ze cztery, pięć i brakło miejsca na kolejne, brałem wszystko, ryzykując widowiskową katastrofą w postaci rozbitej ceramiki.
-Mam dziwne wrażenie, jakbyśmy już kiedyś prowadzili tę rozmowę.
Zerknąłem na... cóż, siebie. Moje alter ego postanowiło usiąść właśnie na biórku, majtając nogami i przyglądając mi się z widocznym rozbawieniem.
Bogowie Olimpu i Asgardu, ale ja mam bezczelne spojrzenie...
-Naaaaprawdę?
Zaśmiałem się. Znaczy on, ten drugi ja się zaśmiał. To wszystko strasznie popieprzone jak się o tym myśli. W każdym razie...
-Pamiętasz jak pierwszy raz pisałeś o moim pojawieniu się?
-Ach!
Uderzyłem się otwartą dłonią w czoło.
-Uhu, aż echo poszło.
Długopis poszybował ten krótki dystans, między moją dłonią, a czołem... Tego drugiego mnie.
-Ej! Za co!
-Za niewinność!
Odburknąłem. Odwróciłem się do komputera. Stuk stuk, palce uderzały w klawisze. Alter ego usiadł przy mnie, pochylił się i spojrzał w monitor.
-Aaa to już jest jakiś rodzaj szurnięcia.
-Hmm?
-Pisanie na bieżąco o nas. Czy to oznacza, że w zasadzie piszesz sam o sobie?
Skinąłem powoli głową.
-Taaak... Do czego zmierzasz?
Znałem siebie samego na tyle, by wiedzieć, że po tym pytaniu na pewno nastąpi kolejne. Ewentualnie tyle starczy, by wyciągnąć jakiś pomysł, jaki z pewnością zaskoczy mnie jego dobitnością.
-Więc to w zasadzie oznacza, że gdybyś chciał, mógłbyś właśnie leżeć na plaży, z kokosem w dłoni i pić drinka słomką?
-Uhhum...
-Albo, że znasz moje myśli?
Alter zdawał się co najmniej przerażony tą myślą. Zaśmiałem się za to głośno.
-Jesteś mną. Tylko bardziej bezczelny i z możliwością znikania i pojawiania się i tak dalej. Więc znam twoje myśli.
-O jakiej li...
-Pięć. Zawsze myślimy najpierw o liczbie pięć.
-Osz ty... Dobra, tym razem Ci się udało.
-7,8 potem 4 a na końcu, dla zwały, między liczbami 1 a 10 pomyślimy 13.
Alter burknął coś, nadał się i znikł.
-Wiem, że tu jesteś.
Odpowiedziała mi cisza. Ocho, obrażalski się znalazł. No ale, każdy ma swoje wady. Przyznawanie się do błędu było jedną z moich, ale pracuję nad tym pracuję.
-No dobra...
Usłyszałem go, jak usiadł po mojej lewej stronie na stołku.
-To co potem, napiszesz to, o nas, czy raczej o samym sobie, wyżalisz się wypłaczesz i co? Kolejna dziura na blogu na kolejny rok?
-Dość prawdopodobne.
I kolejne dwie wady. Szybko mi przechodzi złość (to serio wada, bo potem okazuje się, że tej drugiej stronie jeszcze nie przeszła), a druga, że kiepsko mi idzie z dotrzymywaniem tego co sam sobie zaplanuję.
-Wiesz, że jak ktoś ode mnie czegoś wymaga to to zrobię. Ba! Najlepiej jak umiem. Ależ no cholera jasna... Pisać znów, samemu, dla całych dwóch, w porywach do trzech osób jakie to przeczytają?
-Kiedyś nie dbałeś o zdanie innych.
-Kiedyś. Po za tym to nie tyle kwestia zdania co... Jeśli robisz coś, a inni wyrażają swój sprzeciw, to znaczy, że twoje działanie przynosi jakąś reakcję. Nawet jeśli nie tą na jaką liczysz.
-A gdy robisz coś, a nie ma żadnej odpowiedzi, to najbardziej deprymujące, bo nie ma żadnych wskazówek czy robisz dobrze, czy źle, ani poczucia, że to ma znaczenie.
-Mhmm, właśnie, brak feedbacku.
-No przecież wiem, jestem tobą.
Zaśmiałem się. Co racja to racja. Pokręciłem głową i sięgnąłem po kubek herbaty...
-Nie musisz naciskać enter, bo zrobiłeś mini przerwę w pisaniu. Ooo tam wyżej, po twoim "uhhum" a moim "znasz moje myśli?" powinna być wtedy dziura na co najmniej cztery entery.
-Hmm? No dobrze, już poprawiam.
-Coo? Nie nie nie to miałem... Grr... Wiesz jaki to wprowadza dyskomfort przy czytaniu.
Alter, widocznie znów oburzony, postanowił wstać i zacząć krążyć po pokoju. Zdawał się bić z moimi myślami... dość dosłownie, bo z tego ni z owego wyprowadził lewy sierpowy, perfekcyjnie trafiając w moją argumentację. Jednak, będąc uparty, oparłem się jego wpływom i twardo zachowałem cztery entery odstępu i ani jednego mniej.
-No dobra, uparty ośle... Zmiana tematu.
-Już się poddajesz?
-Niee... Po prostu skasuję Ci jeden enter tuż przed wysłaniem jak nie będziesz patrzył.
Prychnąłem. Bezczelny typ. Czy ja naprawdę jestem taki bezczelny?
-Tak czy siak...
Kontynuował, czy raczej dopiero rozpoczął zmienianie tematu Alter:
-Co potem?
-Aaa potem... potem się pomyśli. Postaram się coś pisać. Ale już tylko prozę.
-Eeej, mamy niezłe gryzmoły.
-Nie chcę krzywdzić tych nielicznych jacy je przeczytają.
-A, że niby proza to jest lepsza?
-A wiesz, że nawet ktoś się o nią upomniał?
-Może ich pozdrowisz?
-Aaa... Wiedzą kto. Dobrze wiedzą, bo jedna mnie namówiła, bym to napisał, a drugi czekał aż znów cokolwiek naskrobał.
-Ale omijasz temat. Co potem?
Zerknąłem w stronę okna. Chmury zaczęły przybierać lekko niebieskawy odcień, tak różny od ich zwykłej szarości. Chyliło się powoli ku zachodowi.
-A potem... Siądę któregoś dnia o 9 do komputera i będę pisał przez pięć godzin. I czy wyjdzie syf czy nie, opublikuję to.
-Sf czy fantasy?
-Rzucę monetą.
-Serio?
-Serio serio. To nie kwestia, że nie mam pomysłu, tylko... nie wiem do czego usiąść.
Alter zamilkł przez chwilę.
-Czasem Cię nie lubię.
-Hmm?
-Strasznie marudzisz. Odganiasz robotę. To co sam zaplanowałeś. I znów marudzisz, że nie wiesz co pisać, że niby masz pomysły, ale ich nie realizujesz. To wkurzające. Żałosne. Weź się w garść i pisz, a nie tylko skrobiesz coś dla siebie, zaczynasz, nie kończysz i kasujesz.
-Oho, zaczyna się. Zmieniłeś się na role z sumieniem?
-Nie masz sumienia, masz mnie. To jeszcze gorzej.
-Czy ja wiem, Ciebie starczy napoić alkoholem i zasypiasz. Ewentualnie krewetki. To sprawdza się nawet lepiej.
-Nawet nie mów...
-Zrobię jutro.
-W risotto?
-Taaak...
-Ugh... Jak nisko trzeba upaść by mieć przekupne sumienie?
-Trzeba po prostu dobrze gotować.
Pod Paskudnym Gadem
poniedziałek, 22 czerwca 2015
niedziela, 16 czerwca 2013
Shizofremia herbaciana
-Co robisz?
-Piszę.
-Co?
-Nowego posta.
-Na co?
-Na bloga.
-O czym?
-Mógłbyś mi do cholery jasnej nie przeszkadzać?
Wywaliłem oczami, by zaraz odwrócić fotel i spojrzeć na stojące za mną alter ego...
Cóż, a przynajmniej powinno tam stać, biorąc pod uwagę skąd dobiegał głos. Roztargniony, odwróciłem się z powrotem do kompa, szykując się, by wznowić moja pracę.
-Nosz...!
Nie dokończyłem, stosując swoje ukochane, urywanie zdania. Moje alter ego leżało sobie bokiem na moim stoliku i przentowało się "ponętnie".
-Paint me like one of...
-SPIERDALAJ!
Wrzasnąłem, już całkowicie przerośnięty całą tą sytuacją. Moje lustrzane odbicie, o prawym oku bardziej niebieskim niż lewe, ześlizgnęło się z miną zawodu ze stolika. Przesunęło bliżej mnie stojący na nim kubek z herbatą. Musiałem przyznać, że jego przepraszająca mina, wzorowana na ostatnie niewiniątko była tak prawdziwie... komiczna, że parsknąłem tylko, czując jak moja złość przechodzi.
Upiłem łyk i rozsiadłem się wygodniej, podciągając jedną z nóg na fotel.
Nie ważne jaki był upał, nigdy nie odmawiałem kubkowi ciepłej herbaty. Co paradoskalnie na upał sprawdza się doskonale, wierzcie mi.
-Wiesz o tym, że mając moją facjatę, twoja ogłada jest co najmniej tragiczna? Gdybyśmy mieli ją zapisać w systemie Warhammera w skali od 0 do 100, dostałbyś może... 13.
-Wciąż, musisz wziąć pod uwagę niezwykły urok wnętrza i doskonałe umiejętności manipulacji ludźmi.
Przewróciłem oczyma, uznając, że pan Alter, nie zasługuje w tej kwestii nawet na to, by wyprowadzić go z błędu. No ale... Zasadniczo, bądź co bądź, gniew mój ułagodził. No dobra, może i po prostu jestem dość ugodową osobą, która jeszcze, z jakiegoś niepojętego powodu, wierzy, że wiele można rozwiązać na spokojnie.
Mniejsza z tym jednak.
-No więc, o czym piszesz?
Zerknąłem na ekran. Stuknąłem, dodając kropkę.
-Już skończyłem.
-Ja wiem, że jesteś mistrzem w nie udzielaniu odpowiedzi, ale zaraz mogę po prostu zerknąć w twój ekran.
-No to, proszę...
Lapek został mi zabrany, a ja spokojnie dopiłem herbaty, patrząc jak jegomość w okularach i coraz głębszych z roku na rok zakolach, które pewnie za najdalej kilkanaście lat przejdą w łysinę, dobiera się do mojego tekstu. Śledziłem jego oczy, szybko przeskakujące po tekście.
-Zjadłeś coś?
-Że słucham?
Zamrugałem gwałtownie i przyciągnąłem do siebie szlachetnego lapka i wbiłem oczęta w już opublikowany tekst.
-A, faktycznie... Zapomniałem wspomnieć o tym, że i drzewo pani Szkaradka, sama wybrała uschnięte i powyginane.
-Polak mądry, choć po szkodzie.
-A ja słyszałem tylko, że i po niej głupi.
Ciche prychnięcie chłopaka, który stanął przy oknie, podciągając żaluzje.
-Winter is coming.
-Nie, no proszę... Mógłbyś mi darować wieczne odkładanie oglądnięcia Gry o Tron, co?
-Książka jest ciekawa... Więc warto by i serial ocenić. No ale... Wracając do twojego "pisania". Coś ostatnio przerwę miałeś?
Wyjrzałem przez okno. Zapowiadało się całkiem przyjemne lato. Słońce skryło się już za horyzontem, ale wciąż, widać było jasne pasy między chmurami, rozświetlone, lekko pomarańczowym już blaskiem.
-Sam wiesz najlepiej... Ludzi nie ma, wena odchodzi do lamusa. Pisanie z kimś, zawsze dodawało mi sił, by skrobać coś samemu. Tak jakby odpoczynek od skrobania, bardziej bolał niż przynosił ulgę.
-A do tego jeszcze migreny?
Zamilkłem. Upiłem łyk z kubka.
-Tak...
Przez ostatnie dwa miesiące, przynajmniej raz, dwa razy w tygodniu łapały mnie silne bóle głowy. Teraz, po niedawnej przygodzie w szkole, dostaniu kijem w łeb, trzeci już dzień ból nie ustaje, jedynie z przerwami, gdy jestem zbyt zajęty, by o nim myśleć.
Nie ma gorszego uczucia... Niż ból, który trwa nieprzerwanie. Nawet słaby, staje się irytujący, pogarsza humor i osłabia zdrowy rozsądek.
-A teraz końcówka roku... Półmetek... Jestem wykończony.
-Tak, jeszcze tylko chwila i wakacje.
Prychnąłem.
-Co to za odpoczynek, gdy wie się, że po nim jest ta sama harówka? Nawet gorzej, bo znów wypadnę z rytmu.
Oboje zamilkliśmy. W końcu podniosłem na Altera, zmęczone spojrzenie.
-Co tam u Światów?
Tak mawiałem na wszystko to, co kiedyś napisałem. Pomysły żyły własnym życiem, gnieżdżąc się w podświadomości. Rozwijały się, kiełkowały, dokańczały urwane historie, rozpoczynał nowe, czekając tylko, aż będą mogły błysnąć, gdy się za nie wezmę. A kto ma lepszy dostęp do podświadomości niż druga jaźń?
-Dobrze... Choć nie mogą się doczekać, gdy je w końcu wyciągniesz.
No tak... Tej odpowiedzi mogłem się spodziewać.
-Przeproś je, ale ostatnim razem, z ich powodu zaniedbałem co nieco kontaktów z żywymi tworami zwanymi innymi ludźmi.
Alter uśmiechnął się pod nosem.
-Kiedyś starczyła Ci twoja wyobraźnia.
-Z czasem język przyzwyczaja się do ostrych potraw. Wtedy trzeba jeszcze więcej przypraw, by jadło nie było mdłe i pozbawione nutki, tak ukochanego ognia.
-Ogień parzy.
-Ale fascynuje.
-Zadaje ból.
-Ból mija...
-Sam w to nie wierzysz.
Nie, nie wierzę. Pewne rany, wspomnienia zostają głęboko. Jednak...
-Ale ten ogień daje światło i siłę. Czasem trzeba ryzykować poparzenie, by móc się ogrzać w nocy.
-Hmm... Prześliśmy na temat kobiet?
Oderwałem spojrzenie od okna, wbijając je w swoją twarz, należącą do Altera, opartego wygodnie o drewnianą szafę.
-Nie... Wciąż mówimy o znajomościach. Znasz moje nastawienie do związków.
-Sam w nie nie wierzysz!-śmiech.
-Jak to powiedziała pewna znajoma... Pozwól mi żyć w świecie kłamstw. Bo i ma rację, pośród nich jest tak wygodnie.
-Ale to wciąż iluzje, wymysły.
Zamilkłem. Podniosłem kubek i delikatnie musnąłem wargami jego krawędź, czując wilgoć, tej odrobiny herbaty jaka na niej pozostała. Zaraz dopiłem, wlewając ostatni łyk w siebie.
-Tak jak i ty.
Zapadła cisza... Alter rozwiał się, jak gdyby nigdy go nie było. Przez chwilę siedziałem w ciszy, wbijając spojrzenie w ciemniejące niebo.
Cichutki głosik odezwał się nad moim uchem.
-Więc po co je tworzysz?
-Piszę.
-Co?
-Nowego posta.
-Na co?
-Na bloga.
-O czym?
-Mógłbyś mi do cholery jasnej nie przeszkadzać?
Wywaliłem oczami, by zaraz odwrócić fotel i spojrzeć na stojące za mną alter ego...
Cóż, a przynajmniej powinno tam stać, biorąc pod uwagę skąd dobiegał głos. Roztargniony, odwróciłem się z powrotem do kompa, szykując się, by wznowić moja pracę.
-Nosz...!
Nie dokończyłem, stosując swoje ukochane, urywanie zdania. Moje alter ego leżało sobie bokiem na moim stoliku i przentowało się "ponętnie".
-Paint me like one of...
-SPIERDALAJ!
Wrzasnąłem, już całkowicie przerośnięty całą tą sytuacją. Moje lustrzane odbicie, o prawym oku bardziej niebieskim niż lewe, ześlizgnęło się z miną zawodu ze stolika. Przesunęło bliżej mnie stojący na nim kubek z herbatą. Musiałem przyznać, że jego przepraszająca mina, wzorowana na ostatnie niewiniątko była tak prawdziwie... komiczna, że parsknąłem tylko, czując jak moja złość przechodzi.
Upiłem łyk i rozsiadłem się wygodniej, podciągając jedną z nóg na fotel.
Nie ważne jaki był upał, nigdy nie odmawiałem kubkowi ciepłej herbaty. Co paradoskalnie na upał sprawdza się doskonale, wierzcie mi.
-Wiesz o tym, że mając moją facjatę, twoja ogłada jest co najmniej tragiczna? Gdybyśmy mieli ją zapisać w systemie Warhammera w skali od 0 do 100, dostałbyś może... 13.
-Wciąż, musisz wziąć pod uwagę niezwykły urok wnętrza i doskonałe umiejętności manipulacji ludźmi.
Przewróciłem oczyma, uznając, że pan Alter, nie zasługuje w tej kwestii nawet na to, by wyprowadzić go z błędu. No ale... Zasadniczo, bądź co bądź, gniew mój ułagodził. No dobra, może i po prostu jestem dość ugodową osobą, która jeszcze, z jakiegoś niepojętego powodu, wierzy, że wiele można rozwiązać na spokojnie.
Mniejsza z tym jednak.
-No więc, o czym piszesz?
Zerknąłem na ekran. Stuknąłem, dodając kropkę.
-Już skończyłem.
-Ja wiem, że jesteś mistrzem w nie udzielaniu odpowiedzi, ale zaraz mogę po prostu zerknąć w twój ekran.
-No to, proszę...
Lapek został mi zabrany, a ja spokojnie dopiłem herbaty, patrząc jak jegomość w okularach i coraz głębszych z roku na rok zakolach, które pewnie za najdalej kilkanaście lat przejdą w łysinę, dobiera się do mojego tekstu. Śledziłem jego oczy, szybko przeskakujące po tekście.
-Zjadłeś coś?
-Że słucham?
Zamrugałem gwałtownie i przyciągnąłem do siebie szlachetnego lapka i wbiłem oczęta w już opublikowany tekst.
-A, faktycznie... Zapomniałem wspomnieć o tym, że i drzewo pani Szkaradka, sama wybrała uschnięte i powyginane.
-Polak mądry, choć po szkodzie.
-A ja słyszałem tylko, że i po niej głupi.
Ciche prychnięcie chłopaka, który stanął przy oknie, podciągając żaluzje.
-Winter is coming.
-Nie, no proszę... Mógłbyś mi darować wieczne odkładanie oglądnięcia Gry o Tron, co?
-Książka jest ciekawa... Więc warto by i serial ocenić. No ale... Wracając do twojego "pisania". Coś ostatnio przerwę miałeś?
Wyjrzałem przez okno. Zapowiadało się całkiem przyjemne lato. Słońce skryło się już za horyzontem, ale wciąż, widać było jasne pasy między chmurami, rozświetlone, lekko pomarańczowym już blaskiem.
-Sam wiesz najlepiej... Ludzi nie ma, wena odchodzi do lamusa. Pisanie z kimś, zawsze dodawało mi sił, by skrobać coś samemu. Tak jakby odpoczynek od skrobania, bardziej bolał niż przynosił ulgę.
-A do tego jeszcze migreny?
Zamilkłem. Upiłem łyk z kubka.
-Tak...
Przez ostatnie dwa miesiące, przynajmniej raz, dwa razy w tygodniu łapały mnie silne bóle głowy. Teraz, po niedawnej przygodzie w szkole, dostaniu kijem w łeb, trzeci już dzień ból nie ustaje, jedynie z przerwami, gdy jestem zbyt zajęty, by o nim myśleć.
Nie ma gorszego uczucia... Niż ból, który trwa nieprzerwanie. Nawet słaby, staje się irytujący, pogarsza humor i osłabia zdrowy rozsądek.
-A teraz końcówka roku... Półmetek... Jestem wykończony.
-Tak, jeszcze tylko chwila i wakacje.
Prychnąłem.
-Co to za odpoczynek, gdy wie się, że po nim jest ta sama harówka? Nawet gorzej, bo znów wypadnę z rytmu.
Oboje zamilkliśmy. W końcu podniosłem na Altera, zmęczone spojrzenie.
-Co tam u Światów?
Tak mawiałem na wszystko to, co kiedyś napisałem. Pomysły żyły własnym życiem, gnieżdżąc się w podświadomości. Rozwijały się, kiełkowały, dokańczały urwane historie, rozpoczynał nowe, czekając tylko, aż będą mogły błysnąć, gdy się za nie wezmę. A kto ma lepszy dostęp do podświadomości niż druga jaźń?
-Dobrze... Choć nie mogą się doczekać, gdy je w końcu wyciągniesz.
No tak... Tej odpowiedzi mogłem się spodziewać.
-Przeproś je, ale ostatnim razem, z ich powodu zaniedbałem co nieco kontaktów z żywymi tworami zwanymi innymi ludźmi.
Alter uśmiechnął się pod nosem.
-Kiedyś starczyła Ci twoja wyobraźnia.
-Z czasem język przyzwyczaja się do ostrych potraw. Wtedy trzeba jeszcze więcej przypraw, by jadło nie było mdłe i pozbawione nutki, tak ukochanego ognia.
-Ogień parzy.
-Ale fascynuje.
-Zadaje ból.
-Ból mija...
-Sam w to nie wierzysz.
Nie, nie wierzę. Pewne rany, wspomnienia zostają głęboko. Jednak...
-Ale ten ogień daje światło i siłę. Czasem trzeba ryzykować poparzenie, by móc się ogrzać w nocy.
-Hmm... Prześliśmy na temat kobiet?
Oderwałem spojrzenie od okna, wbijając je w swoją twarz, należącą do Altera, opartego wygodnie o drewnianą szafę.
-Nie... Wciąż mówimy o znajomościach. Znasz moje nastawienie do związków.
-Sam w nie nie wierzysz!-śmiech.
-Jak to powiedziała pewna znajoma... Pozwól mi żyć w świecie kłamstw. Bo i ma rację, pośród nich jest tak wygodnie.
-Ale to wciąż iluzje, wymysły.
Zamilkłem. Podniosłem kubek i delikatnie musnąłem wargami jego krawędź, czując wilgoć, tej odrobiny herbaty jaka na niej pozostała. Zaraz dopiłem, wlewając ostatni łyk w siebie.
-Tak jak i ty.
Zapadła cisza... Alter rozwiał się, jak gdyby nigdy go nie było. Przez chwilę siedziałem w ciszy, wbijając spojrzenie w ciemniejące niebo.
Cichutki głosik odezwał się nad moim uchem.
-Więc po co je tworzysz?
sobota, 15 czerwca 2013
Szkarada
I szkarada pod drzewem siedziała,
Bardzo smutno sobie dumała,
Czemu nikogo sobą,
Jeszcze nie zainteresowała?
Czemu smutno jej tak było,
Nikt jej nie odwiedzał,
Nawet pokoje w jej domu,
Smutne szale przybierają,
A firanki,
Żałobne szaty dziergają,
Nawet drzewo wspomniane,
Coś smutne,
Coś strasznie zapłakane,
Więc wróciła do domu swego,
Do ścian co sama,
Czernią ozdobiła,
Do desek zabitych,
Co poprawić nie chciała,
Do firanek brudnawych,
Dawno nie wypranych,
Do sukienek czarnych,
Kurzem wybielanych,
I twarz w lustrze odbita,
Choć ładna była przecie,
Teraz grymaśny wyraz,
Obrzydzał uroki kobiece.
Jak sobie wymościsz, tak sie wyśpisz. Ludzie! Jęcząc, jaki to świat jest zły i nie miły, nie robicie nic, by stał się dla was lepszy.
Bardzo smutno sobie dumała,
Czemu nikogo sobą,
Jeszcze nie zainteresowała?
Czemu smutno jej tak było,
Nikt jej nie odwiedzał,
Nawet pokoje w jej domu,
Smutne szale przybierają,
A firanki,
Żałobne szaty dziergają,
Nawet drzewo wspomniane,
Coś smutne,
Coś strasznie zapłakane,
Więc wróciła do domu swego,
Do ścian co sama,
Czernią ozdobiła,
Do desek zabitych,
Co poprawić nie chciała,
Do firanek brudnawych,
Dawno nie wypranych,
Do sukienek czarnych,
Kurzem wybielanych,
I twarz w lustrze odbita,
Choć ładna była przecie,
Teraz grymaśny wyraz,
Obrzydzał uroki kobiece.
Jak sobie wymościsz, tak sie wyśpisz. Ludzie! Jęcząc, jaki to świat jest zły i nie miły, nie robicie nic, by stał się dla was lepszy.
środa, 12 czerwca 2013
Garść przemyśleń
Artysta ma tworzyć dla siebie, czy dla publiki?
Oczywiście, do szlachetnego miana artysty z pewnością mi jeszcze daleko (słowo jeszcze też można pominąć), to jednak wciąż, bądź co bądź, jestem twórcą. Nawet jeśli spod moich palców wychodzą największe gnioty.
To jednak...
To moje gnioty. Moja, pieszczone, pielęgnowane, hodowane.
Chcecie jakieś, to sobie je stwórzcie. Ale moje zostawcie w spokoju.
A czemu to mówię?
Bo widzicie...
Chciałem tu pisać bardziej dla was, drogich czytelników, czyli może tej dziesiątki osób na krzyż, a nie dla własnej przyjemności. Efekt jest taki, że się zaciąłem i NAPRAWDĘ nie wiem co dalej.
Stwierdziłem, że będę trzymał się kupy. Że będę pisać ciąg krótkich tekstów składających się na jedno opowiadanie.
Jednak dochodzę do wniosku... Że to MI nie daje satysfakcji. Piszę już i tak opowiadania z ludźmi, więc tam nie mogę sobie pozwolić na skakanie ze stylem, tematyką, eksperymenty.
O nie, mam już zbyt ciasne więzi z owymi ludźmi i dobrze mi z tym, nie mam zamiaru tego marnować.
Dlatego też... Poddaję się.
Może nie tyle o prowadzenie bloga, co prowadzenie go z planem.
Bo czy ja wyglądam na kogoś, kto ma plan?
Słowem, od tej chwili ja sam nie wiem, czego się tutaj spodziewać.
Ostatnio... Mam zły humor. Ciągle i ciągle, bez przerwy. Z rzadka przestaję to ukrywać, ale zaczyna mi się robić duszno.
Dla pisania to dobrze... Bo wtedy chcąc nie chcąc pisać zaczynam. Choć... Z reguły są to raczej smutne opowieści, wiersze, teksty.
A teraz...
Przemyślenia.
Komunikacja miejska. Ile twarzy, ludzi, historii, spojrzeń, emocji, gestów.
Stary mężczyzna w czystej, białej koszuli, siwy, o wciąż jednak bujnych włosach. Jakże te kontrastują z jego cerą... Ciemne worki pod oczyma, pod jednym okiem zmarszczki z ranami, jak gdyby ktoś wzdłuż ich linii przejechał tępym, szorstkim, bardziej drącym, niż tnącym nożem.
Pamiętam jego oczy... Błękit, czystszy niż niebo. Przepełniony bólem i smutkiem, inteligencją jak i rezygnacją.
Był chory... Chudy, niezwykle blady. Z guzem na środku nogi. Bynajmniej nie takim, jaki może nas ozdobić, gdy się po prostu o coś uderzymy.
Po drugiej stronie siedziała jakaś dziewczyna. Słuchawki na uszach, krótkie, ciemne włosy. Całkiem ładna, zaczytana. Między nogami stał plecak, pewnie wracała do domu.
Gdy zerknęła przez okno, jej spojrzenie było zupełnie inne niż tamtego starca.
Lekko przymulone, jak to bywa w komunikacji miejskiej. Za to ciekawe, skaczące między elementami za oknem, jak gdyby widziała w nich coś ciekawszego niż wszyscy inni. Zaraz później wróciła do lektury pochłaniając się w niej.
Komunikacja miejska...
Czasami, wydaje mi się, że to w niej, gdy człowiek jest sam, zajęty sobą a jednak w tłumie, można o nim najwięcej powiedzieć.
Pominę już obserwację. Obrączkę, jej brak, wiek, zdrowie, ubiór.
Przyjrzyjcie się spojrzeniom. Czy cofają wzrok, gdy natrafią na wasz? Czy uśmiechają się czasem przelotnie do zabłąkanej myśli? Czy wpatrują się we własne stopy, a może ich spojrzenie skacze między chmurami, w całkiem dosłownym tego zdania sensie?
A może, tak jak wy, obserwuje, zastanawia się, bada?
Przyjrzyjcie się. Ot, głupia jazda autobusem. A jednak potrafi nakłonić do rozmyślania.
Oczywiście, do szlachetnego miana artysty z pewnością mi jeszcze daleko (słowo jeszcze też można pominąć), to jednak wciąż, bądź co bądź, jestem twórcą. Nawet jeśli spod moich palców wychodzą największe gnioty.
To jednak...
To moje gnioty. Moja, pieszczone, pielęgnowane, hodowane.
Chcecie jakieś, to sobie je stwórzcie. Ale moje zostawcie w spokoju.
A czemu to mówię?
Bo widzicie...
Chciałem tu pisać bardziej dla was, drogich czytelników, czyli może tej dziesiątki osób na krzyż, a nie dla własnej przyjemności. Efekt jest taki, że się zaciąłem i NAPRAWDĘ nie wiem co dalej.
Stwierdziłem, że będę trzymał się kupy. Że będę pisać ciąg krótkich tekstów składających się na jedno opowiadanie.
Jednak dochodzę do wniosku... Że to MI nie daje satysfakcji. Piszę już i tak opowiadania z ludźmi, więc tam nie mogę sobie pozwolić na skakanie ze stylem, tematyką, eksperymenty.
O nie, mam już zbyt ciasne więzi z owymi ludźmi i dobrze mi z tym, nie mam zamiaru tego marnować.
Dlatego też... Poddaję się.
Może nie tyle o prowadzenie bloga, co prowadzenie go z planem.
Bo czy ja wyglądam na kogoś, kto ma plan?
Słowem, od tej chwili ja sam nie wiem, czego się tutaj spodziewać.
Ostatnio... Mam zły humor. Ciągle i ciągle, bez przerwy. Z rzadka przestaję to ukrywać, ale zaczyna mi się robić duszno.
Dla pisania to dobrze... Bo wtedy chcąc nie chcąc pisać zaczynam. Choć... Z reguły są to raczej smutne opowieści, wiersze, teksty.
A teraz...
Przemyślenia.
Komunikacja miejska. Ile twarzy, ludzi, historii, spojrzeń, emocji, gestów.
Stary mężczyzna w czystej, białej koszuli, siwy, o wciąż jednak bujnych włosach. Jakże te kontrastują z jego cerą... Ciemne worki pod oczyma, pod jednym okiem zmarszczki z ranami, jak gdyby ktoś wzdłuż ich linii przejechał tępym, szorstkim, bardziej drącym, niż tnącym nożem.
Pamiętam jego oczy... Błękit, czystszy niż niebo. Przepełniony bólem i smutkiem, inteligencją jak i rezygnacją.
Był chory... Chudy, niezwykle blady. Z guzem na środku nogi. Bynajmniej nie takim, jaki może nas ozdobić, gdy się po prostu o coś uderzymy.
Po drugiej stronie siedziała jakaś dziewczyna. Słuchawki na uszach, krótkie, ciemne włosy. Całkiem ładna, zaczytana. Między nogami stał plecak, pewnie wracała do domu.
Gdy zerknęła przez okno, jej spojrzenie było zupełnie inne niż tamtego starca.
Lekko przymulone, jak to bywa w komunikacji miejskiej. Za to ciekawe, skaczące między elementami za oknem, jak gdyby widziała w nich coś ciekawszego niż wszyscy inni. Zaraz później wróciła do lektury pochłaniając się w niej.
Komunikacja miejska...
Czasami, wydaje mi się, że to w niej, gdy człowiek jest sam, zajęty sobą a jednak w tłumie, można o nim najwięcej powiedzieć.
Pominę już obserwację. Obrączkę, jej brak, wiek, zdrowie, ubiór.
Przyjrzyjcie się spojrzeniom. Czy cofają wzrok, gdy natrafią na wasz? Czy uśmiechają się czasem przelotnie do zabłąkanej myśli? Czy wpatrują się we własne stopy, a może ich spojrzenie skacze między chmurami, w całkiem dosłownym tego zdania sensie?
A może, tak jak wy, obserwuje, zastanawia się, bada?
Przyjrzyjcie się. Ot, głupia jazda autobusem. A jednak potrafi nakłonić do rozmyślania.
niedziela, 9 czerwca 2013
Zakon -cz.1 Fantasy
Ogień płonął skocznie, nie zrażony niczym co działo się wokół.
Drewno w kominku powoli lecz nieubłaganie miało zmienić się w czarny popiół. Jak zresztą wszystko co było w tym domu.
Ogień płonął gorącem…
Języki żywiołu poczęły powoli wspinać się po ścianach, gdy rozrzucone, podpalone drwa zajęły drewniane ściany.
Krew na jednej z nich zaschła szybko, by zaraz sczernieć w gorącu.
Cichy płacz. Ginący w narastającym coraz szybciej trzaskaniu. Chłopak, co ledwie siedem wiosen przeżył, gładził czule odciętą od reszty głowę swej matki. W jego oczach nie było strachu. Nie było rozpaczy.
Bo i to wszystko nie było prawdą. To był sen.
Ocknął się. Powoli, w towarzystwie cichego skrzypienia łóżka wyprostował, by ściągnąć z niego nogi. Zmierzwił dłonią brąz, krótko ścięte włosy.
Nie był nawet zmęczony snem. Kiedy coś śni się co noc, jaki jest sens się tym przejmować? Nie jest to zapowiedź, nie są to znaki. To tylko wspomnienia. A wspomnienia mają to do siebie, że opowiadają o tym co było. A jeśli nie ma to wpływu na przyszłość, to jak mawiał Wielki Mistrz, nie powinno się przyszłości pisać atramentem przeszłości.
Nawet jeśli ból pozostaje.
Ale to już było dobre dziewięć lat temu. Miał teraz piętnaście lat, niedługo skończy szesnaście wchodząc w wiek męski. Zabójcy jego matki i ojca już dawno zostali pojmani i ukarani. Co prawda, za zupełnie inne przewinienia, jednak nie miało to teraz większego znaczenia. Był Adeptem, a to… To już starczy mu jako źródło codziennych trosk, zmartwień, radości i pracy. Nie było potrzeby wracać do przeszłości.
Podniósł się i ruszył do okna by wyjrzeć przez nie.
Zakon… Był mały. Nawet bardzo, biorąc pod uwagę, że razem z trójką adeptów, była ich tylko dziesiątka. Dziesięciu przedstawicieli Zakonu Płonącego Wiru.
Ale wszystko się kończy. Także i jego nauka. Jeszcze tylko rok…
Słońce powoli rozjaśniało niebo. Odezwały się pierwsze koguty. Dziedziniec, choć stary, o kruszącym się kamieniu, teraz, w ten wiosenny poranek prezentował się wspaniale.
Rzędy kolumn w okręgu do o koła fontanny. Gdyby nie magia, ta już pewnie dawno nie miała by prawa działać.
Tak… Magia. Mury tętniły nią tak samo jak żyły wszystkich tu siedzących. Po części dlatego było ich tak mało. Niewiele osób przywdziewa śluby zakonne. A jeszcze mniej z nich może to zrobić, w zakonie, gdy jednym z obowiązków jest władanie tę tajemniczą mocą, jaką obdarzono nielicznych.
-Ismer, pobudka.
Chłopak na łóżku przy ścianie natychmiast otworzył oczy. Zawsze wstawanie wczesną porą sprawia, że nie czuje się chęci dłużej leżeć. A kto rano wstaje, ten od Patronki szczęście dostaje.
Ponoć…
-Kto dzisiaj robi śniadanie?
-Twoja siostra bodajże. Znów będą jakieś pyszności.
Obaj parsknęli cicho. Ismer podniósł swoje wielkie ciało. Miał czternaście lat, a przewyższał i tak wysokiego Volkera o głowę, nie wspominając już o ramionach. Jadł za trzech, śmiał się za pięciu. Jego Talentem co ciekawe było uspokajanie. I w jakiś sposób pasowało to do jego uśmiechu, niebieskich oczu. Kilka lat i z wyglądu zacznie przypominać niedźwiedzia. Ale takiego cyrkowego, który krzywdzić nikogo zamiaru nie ma, choć potrafiłby z pewnością.
Jego siostra zaś pod każdym względem była jego przeciwieństwem. Na przykład, zupełnie nie potrafiła gotować. Lecz mimo usilnych starań i błagań i tak tradycja nakazywała, by każdy adept w rotacji przygotowywał innym posiłki. A więc dziś będą jajka na miękko twarde jak trzeba, plus jakaś przesolona zupa. Volker jednak zamiaru narzekać nie miał. Mimo tragicznego nieraz smaku, nigdy się nie zatruł, co raz się samej Ismi zdarzyło, gdy jadła to co on przygotował.
Obaj ubrali się szybko, jak zwykle w szaty zakonne. Jasny brąz z czerwonymi elementami. Od, habit, a pod nim porządne spodnie. Nikt po ślubach może i nie musiał zawsze szaty nosić, ale jakoś tak już wypadało.
Z resztą Volker nie narzekał. Zasadniczo, gdy mając siedem lat został przyjęty do zakonu, wciąż z sercem przepełnionym bólem i lękiem, zapomniał o wszystkim co było przed tym. Dlatego nigdy nie czuł potrzeby założenia czegoś innego.
Wyszli z pokoju. Mimo tego, że było mnóstwo innych wolnych, biorąc pod uwagę jak wielki był ten budynek, a jak mało osób w nim mieszkało, spali w jednym. A i zimą ogrzewali go wspólnie magią.
Ruszyli kamiennym korytarzem, by zaraz zejść po schodach. Jeszcze jeden zakręt i weszli do kuchni.
Czarnowłosa dziewczyna o prawie czarnych oczach krzątała się przy garnku, nerwowo odliczając czas. Miała dziś na sobie prostą koszulę i spódnicę do kostek. Włosy związane w kuc. Sam Volker jakoś zawsze uważał, że w rozpuszczonych jej o wiele bardziej do twarzy. Była w jego wieku, choć ze wczesnej zimy, co zawsze uznawała, za prawo do tego, by czuła się najstarsza. Choć tylko o te śmieszne dwa miesiące.
Usiedli przy stole, w ciszy, by nie wywołać przypadkiem jakiejś awantury. Zawsze robiła się niezwykle nerwowa przy gotowaniu. Z resztą zawsze łatwo było ją wyprowadzić z równowagi. Sięgneli jedynie do postawionego na stole chleba, by zabrać się za pajdy.
-Sto dwadzieścia.
Ton dziewczyny wskazywał na jawną ulgę. Zdjęła garnek z pieca i wyciągnęła łyżką jajka. Do miski i zaraz na stół.
-Dobry.
Powiedzieli chłopcy jednocześnie, a dziewczyna obrzuciła ich spojrzeniem jasno świadczącym, że nie wierzy w ich dobre intencje.
-Ich, z pewnością będzie pyszne.
Dziewczyna zmroziła Volkera spojrzeniem, który udał, że tego nie zauważył. Ismer parsknął cicho, ale zaraz zabrał się za swoje jajko.
-A tobie jak się spało Vol?
Jej słodki głosik był niezwykle pełny jadu. Sam chłopak nie przejął się prowokacją, obrzucając ją ciepłym uśmiechem.
-Wyjątkowo dobrze. Na samą myśl, że człowiek zastanie tak wspaniale ugotowane na miękko jajka, od razu się humor poprawia.
Rzecz jasna, gdy chwilę później zabrał się za swoje, określenie „na miękko” co najmniej nie pasowało. Choć musiał w duchu przyznać, że wyjątkowo jej dobrze poszło. Jak na to co potrafiła zmalować.
Chwilę później drzwi do kuchni się otworzyły i do środka wszedł brat Godrik, ich opiekun.
-Witam młodzież.
Odezwał się, jak zwykle spokojnym, przyjemnym dla ucha głosem. I choć jego twarz w połowie oszpecona była paskudnymi bliznami po walce z jakimś czarnoksiężnikiem, a kuśtykał lekko na lewą nogę, Volkerowi zawsze kojarzył się z ostoją dobra. Bo to nie wygląd świadczy o człowieku. Co widać po takiej Ismi, która niesłychanie ładna, potrafiła być złośliwa jak wszystkie demony naraz wzięte.
Patelnie podskoczyły, gdy Godrik machnął na nie lekceważąco dłonią. Zaraz po tym na odrobinie oleju piekły się jajka, a on sam usiadł przy uczniach, sięgając po chleb. Kubek z wodą sam do niego przyleciał.
Adeptom nie wolno było używać magii po za zajęciami lub bez zgody opiekuna lub Wielkiego Mistrza. Zawsze im mówiono, że by szanować moc, trzeba najpierw nauczyć się obywać bez niej. Po za tym jeszcze tak dobrze mocą nie władali, by sobie radzić jak ich opiekun.
Ale na wszystko przyjdzie czas jak im mówili.
Niedługo później do środka wszedł też stary już, przygarbiony, siwy niczym stary wilk Mistrz Fedron. Jego długie, pomarszczone palce zacisnęły się delikatnie na kawałku chleba i Volker obserwował znad swojego jajka, jak ten mistrz ziół, maści i naparów raczy się swym skromnym śniadaniem.
-To kiedy ma przyjechać ten pan ap’Krimlon?
Odezwała się Ismi, wbijając oczy w swego opiekuna. Ten odpowiedział jak zwykle spokojnym tonem.
-To mag. Pojawi się gdy uzna to za słuszne, odejdzie gdy uzna za stosowne.
Dziewczyna wywróciła oczami.
-Ma być po południu. Choć nie można być tego pewnym.
Volker zastanowił się. Dowiedzieli się o przybyciu niejakiego Firmana ap’Krimlona z prawie miesięcznym wyprzedzeniem. Rzadko miewali gości, po za wieśniakami szukającymi uzdrowiciela, czy porady, lub gońcami, czy kupcami, mażącymi o jakichś rzadkich artefaktach jakie ponoć mogli by tu kupić. Nic podobnego raczej się tu nie znajdowało. Choć któż zna wszystkie tajemnice siedziby Zakonu?
-A… Po co on właściwie chce nas odwiedzić?
Tu odezwał się Mistrz Fedron.
-Po pierwsze nie on, a pan ap’Krimlon, po drugie nie musisz wszystkiego wiedzieć Volkerze.
Ton był odrobinę karcący, ale sam Godrik odezwał się z uśmiechem.
-Ależ w żądzy wiedzy nie ma niczego złego.
Mistrz uniósł spojrzenie.
-W takim razie nie rozumiem, czemu nie podziela tej żądzy na naukę o ziołach.
Ismer parsknął cicho, a Ismi uśmiechnęła się zadowolona. Ona zawsze radziła sobie z tym przedmiotem nauk wyjątkowo dobrze. Volker nic nie odpowiedział, tylko spuścił wzrok. Bo i stary Mistrz miał rację, a on i tak nie powinien się z nim kłócić.
Kilka chwil później uśmiech Ismis miał zmaleć, gdy nastał czas na zmywanie.
Drewno w kominku powoli lecz nieubłaganie miało zmienić się w czarny popiół. Jak zresztą wszystko co było w tym domu.
Ogień płonął gorącem…
Języki żywiołu poczęły powoli wspinać się po ścianach, gdy rozrzucone, podpalone drwa zajęły drewniane ściany.
Krew na jednej z nich zaschła szybko, by zaraz sczernieć w gorącu.
Cichy płacz. Ginący w narastającym coraz szybciej trzaskaniu. Chłopak, co ledwie siedem wiosen przeżył, gładził czule odciętą od reszty głowę swej matki. W jego oczach nie było strachu. Nie było rozpaczy.
Bo i to wszystko nie było prawdą. To był sen.
Ocknął się. Powoli, w towarzystwie cichego skrzypienia łóżka wyprostował, by ściągnąć z niego nogi. Zmierzwił dłonią brąz, krótko ścięte włosy.
Nie był nawet zmęczony snem. Kiedy coś śni się co noc, jaki jest sens się tym przejmować? Nie jest to zapowiedź, nie są to znaki. To tylko wspomnienia. A wspomnienia mają to do siebie, że opowiadają o tym co było. A jeśli nie ma to wpływu na przyszłość, to jak mawiał Wielki Mistrz, nie powinno się przyszłości pisać atramentem przeszłości.
Nawet jeśli ból pozostaje.
Ale to już było dobre dziewięć lat temu. Miał teraz piętnaście lat, niedługo skończy szesnaście wchodząc w wiek męski. Zabójcy jego matki i ojca już dawno zostali pojmani i ukarani. Co prawda, za zupełnie inne przewinienia, jednak nie miało to teraz większego znaczenia. Był Adeptem, a to… To już starczy mu jako źródło codziennych trosk, zmartwień, radości i pracy. Nie było potrzeby wracać do przeszłości.
Podniósł się i ruszył do okna by wyjrzeć przez nie.
Zakon… Był mały. Nawet bardzo, biorąc pod uwagę, że razem z trójką adeptów, była ich tylko dziesiątka. Dziesięciu przedstawicieli Zakonu Płonącego Wiru.
Ale wszystko się kończy. Także i jego nauka. Jeszcze tylko rok…
Słońce powoli rozjaśniało niebo. Odezwały się pierwsze koguty. Dziedziniec, choć stary, o kruszącym się kamieniu, teraz, w ten wiosenny poranek prezentował się wspaniale.
Rzędy kolumn w okręgu do o koła fontanny. Gdyby nie magia, ta już pewnie dawno nie miała by prawa działać.
Tak… Magia. Mury tętniły nią tak samo jak żyły wszystkich tu siedzących. Po części dlatego było ich tak mało. Niewiele osób przywdziewa śluby zakonne. A jeszcze mniej z nich może to zrobić, w zakonie, gdy jednym z obowiązków jest władanie tę tajemniczą mocą, jaką obdarzono nielicznych.
-Ismer, pobudka.
Chłopak na łóżku przy ścianie natychmiast otworzył oczy. Zawsze wstawanie wczesną porą sprawia, że nie czuje się chęci dłużej leżeć. A kto rano wstaje, ten od Patronki szczęście dostaje.
Ponoć…
-Kto dzisiaj robi śniadanie?
-Twoja siostra bodajże. Znów będą jakieś pyszności.
Obaj parsknęli cicho. Ismer podniósł swoje wielkie ciało. Miał czternaście lat, a przewyższał i tak wysokiego Volkera o głowę, nie wspominając już o ramionach. Jadł za trzech, śmiał się za pięciu. Jego Talentem co ciekawe było uspokajanie. I w jakiś sposób pasowało to do jego uśmiechu, niebieskich oczu. Kilka lat i z wyglądu zacznie przypominać niedźwiedzia. Ale takiego cyrkowego, który krzywdzić nikogo zamiaru nie ma, choć potrafiłby z pewnością.
Jego siostra zaś pod każdym względem była jego przeciwieństwem. Na przykład, zupełnie nie potrafiła gotować. Lecz mimo usilnych starań i błagań i tak tradycja nakazywała, by każdy adept w rotacji przygotowywał innym posiłki. A więc dziś będą jajka na miękko twarde jak trzeba, plus jakaś przesolona zupa. Volker jednak zamiaru narzekać nie miał. Mimo tragicznego nieraz smaku, nigdy się nie zatruł, co raz się samej Ismi zdarzyło, gdy jadła to co on przygotował.
Obaj ubrali się szybko, jak zwykle w szaty zakonne. Jasny brąz z czerwonymi elementami. Od, habit, a pod nim porządne spodnie. Nikt po ślubach może i nie musiał zawsze szaty nosić, ale jakoś tak już wypadało.
Z resztą Volker nie narzekał. Zasadniczo, gdy mając siedem lat został przyjęty do zakonu, wciąż z sercem przepełnionym bólem i lękiem, zapomniał o wszystkim co było przed tym. Dlatego nigdy nie czuł potrzeby założenia czegoś innego.
Wyszli z pokoju. Mimo tego, że było mnóstwo innych wolnych, biorąc pod uwagę jak wielki był ten budynek, a jak mało osób w nim mieszkało, spali w jednym. A i zimą ogrzewali go wspólnie magią.
Ruszyli kamiennym korytarzem, by zaraz zejść po schodach. Jeszcze jeden zakręt i weszli do kuchni.
Czarnowłosa dziewczyna o prawie czarnych oczach krzątała się przy garnku, nerwowo odliczając czas. Miała dziś na sobie prostą koszulę i spódnicę do kostek. Włosy związane w kuc. Sam Volker jakoś zawsze uważał, że w rozpuszczonych jej o wiele bardziej do twarzy. Była w jego wieku, choć ze wczesnej zimy, co zawsze uznawała, za prawo do tego, by czuła się najstarsza. Choć tylko o te śmieszne dwa miesiące.
Usiedli przy stole, w ciszy, by nie wywołać przypadkiem jakiejś awantury. Zawsze robiła się niezwykle nerwowa przy gotowaniu. Z resztą zawsze łatwo było ją wyprowadzić z równowagi. Sięgneli jedynie do postawionego na stole chleba, by zabrać się za pajdy.
-Sto dwadzieścia.
Ton dziewczyny wskazywał na jawną ulgę. Zdjęła garnek z pieca i wyciągnęła łyżką jajka. Do miski i zaraz na stół.
-Dobry.
Powiedzieli chłopcy jednocześnie, a dziewczyna obrzuciła ich spojrzeniem jasno świadczącym, że nie wierzy w ich dobre intencje.
-Ich, z pewnością będzie pyszne.
Dziewczyna zmroziła Volkera spojrzeniem, który udał, że tego nie zauważył. Ismer parsknął cicho, ale zaraz zabrał się za swoje jajko.
-A tobie jak się spało Vol?
Jej słodki głosik był niezwykle pełny jadu. Sam chłopak nie przejął się prowokacją, obrzucając ją ciepłym uśmiechem.
-Wyjątkowo dobrze. Na samą myśl, że człowiek zastanie tak wspaniale ugotowane na miękko jajka, od razu się humor poprawia.
Rzecz jasna, gdy chwilę później zabrał się za swoje, określenie „na miękko” co najmniej nie pasowało. Choć musiał w duchu przyznać, że wyjątkowo jej dobrze poszło. Jak na to co potrafiła zmalować.
Chwilę później drzwi do kuchni się otworzyły i do środka wszedł brat Godrik, ich opiekun.
-Witam młodzież.
Odezwał się, jak zwykle spokojnym, przyjemnym dla ucha głosem. I choć jego twarz w połowie oszpecona była paskudnymi bliznami po walce z jakimś czarnoksiężnikiem, a kuśtykał lekko na lewą nogę, Volkerowi zawsze kojarzył się z ostoją dobra. Bo to nie wygląd świadczy o człowieku. Co widać po takiej Ismi, która niesłychanie ładna, potrafiła być złośliwa jak wszystkie demony naraz wzięte.
Patelnie podskoczyły, gdy Godrik machnął na nie lekceważąco dłonią. Zaraz po tym na odrobinie oleju piekły się jajka, a on sam usiadł przy uczniach, sięgając po chleb. Kubek z wodą sam do niego przyleciał.
Adeptom nie wolno było używać magii po za zajęciami lub bez zgody opiekuna lub Wielkiego Mistrza. Zawsze im mówiono, że by szanować moc, trzeba najpierw nauczyć się obywać bez niej. Po za tym jeszcze tak dobrze mocą nie władali, by sobie radzić jak ich opiekun.
Ale na wszystko przyjdzie czas jak im mówili.
Niedługo później do środka wszedł też stary już, przygarbiony, siwy niczym stary wilk Mistrz Fedron. Jego długie, pomarszczone palce zacisnęły się delikatnie na kawałku chleba i Volker obserwował znad swojego jajka, jak ten mistrz ziół, maści i naparów raczy się swym skromnym śniadaniem.
-To kiedy ma przyjechać ten pan ap’Krimlon?
Odezwała się Ismi, wbijając oczy w swego opiekuna. Ten odpowiedział jak zwykle spokojnym tonem.
-To mag. Pojawi się gdy uzna to za słuszne, odejdzie gdy uzna za stosowne.
Dziewczyna wywróciła oczami.
-Ma być po południu. Choć nie można być tego pewnym.
Volker zastanowił się. Dowiedzieli się o przybyciu niejakiego Firmana ap’Krimlona z prawie miesięcznym wyprzedzeniem. Rzadko miewali gości, po za wieśniakami szukającymi uzdrowiciela, czy porady, lub gońcami, czy kupcami, mażącymi o jakichś rzadkich artefaktach jakie ponoć mogli by tu kupić. Nic podobnego raczej się tu nie znajdowało. Choć któż zna wszystkie tajemnice siedziby Zakonu?
-A… Po co on właściwie chce nas odwiedzić?
Tu odezwał się Mistrz Fedron.
-Po pierwsze nie on, a pan ap’Krimlon, po drugie nie musisz wszystkiego wiedzieć Volkerze.
Ton był odrobinę karcący, ale sam Godrik odezwał się z uśmiechem.
-Ależ w żądzy wiedzy nie ma niczego złego.
Mistrz uniósł spojrzenie.
-W takim razie nie rozumiem, czemu nie podziela tej żądzy na naukę o ziołach.
Ismer parsknął cicho, a Ismi uśmiechnęła się zadowolona. Ona zawsze radziła sobie z tym przedmiotem nauk wyjątkowo dobrze. Volker nic nie odpowiedział, tylko spuścił wzrok. Bo i stary Mistrz miał rację, a on i tak nie powinien się z nim kłócić.
Kilka chwil później uśmiech Ismis miał zmaleć, gdy nastał czas na zmywanie.
poniedziałek, 3 czerwca 2013
O bólu słodkim?
O bólu słodkim tyrady pisano,
Eposy składano,
Wiersze klecono,
Dusze raniono...
O bólu słodkim od nektarów pochodnym,
O słodyczy mdlącej,
Żmii opium kąsającej,
O pucharach goryczy,
O krwi czystej słodyczy,
O solach kwasoty,
O bólu w rozkoszy.
Lecz czy ból powodem?
Gdzież ukryta geneza?
Gdzież początek?
Gdzie winnica bólu pełna?
Gdzie krzewy owocne?
Grona obrzmiałe?
Na jakiej to glebie?
Dojrzewają tak stale...
Powód ów prosty,
Większości tak znany,
Że ze zwykłej litości,
Nie zostanie spisany.
Eposy składano,
Wiersze klecono,
Dusze raniono...
O bólu słodkim od nektarów pochodnym,
O słodyczy mdlącej,
Żmii opium kąsającej,
O pucharach goryczy,
O krwi czystej słodyczy,
O solach kwasoty,
O bólu w rozkoszy.
Lecz czy ból powodem?
Gdzież ukryta geneza?
Gdzież początek?
Gdzie winnica bólu pełna?
Gdzie krzewy owocne?
Grona obrzmiałe?
Na jakiej to glebie?
Dojrzewają tak stale...
Powód ów prosty,
Większości tak znany,
Że ze zwykłej litości,
Nie zostanie spisany.
niedziela, 2 czerwca 2013
Od tak :)
Hej wam :)
Na początku chciałbym podziękować za... Zaskakująco spory odzew. Ponad 30 wyświetleń za każdym razem, gdy dodam coś nowego sporo dla mnie znaczy.
Tak więc nie poprzestanę na tych dwóch tekścikach. Były coś krótkie, ale myślę, że to wina weekendu. Trochę za dużo czasu spędzonego na bezproduktywnym gapieniu się w ekran przez większość czasu.
Tak więc, codziennie raczej nowych tekstów dodawać mi się nie uda, ale myślę, że trzy na tydzień, cztery maks, macie w kieszeni.
Dochodzą mnie też głosy, że komentarze nie działają, ale... starczy, że odezwiecie się do mnie na facebooku :) Wiele dla mnie to znaczy, a szczególnie jak mówicie, że przydało by się coś poprawić, dodać, bardziej wyeksponować na wierzch. Macie ochotę na więcej sci-fi, wierszy, czy może takich postów jak ten, gdzie po prostu będę mówił, co na duszy leży, polecając też co nieco przy okazji?
Po prostu się odzywajcie, wiecie, że jeśli tylko mam czas i nie mam jakiejś schizy, lubię pogadać.
Co więcej...
Umm... Jeśli wam się podoba, polećcie znajomym, zaglądajcie od czasu do czasu. Możecie też napisać coś po swojemu, a ja to z pewnością opublikuję, jeśli się kupy trzyma, a chcecie pochwalić się waszą twórczością, przemyśleniami, czy opinią na jakiś temat.
Będzie tego warte, a na pewno umieszczę podając autora :)
Na dziś to tyle, miłego dnia, nocy, w zależności kiedy to piszecie. A dla wszystkich fanów skrzypiec mam dziś to:
https://www.youtube.com/user/lindseystomp?feature=watch
Świetny kanał, gorąco polecam :)
Na początku chciałbym podziękować za... Zaskakująco spory odzew. Ponad 30 wyświetleń za każdym razem, gdy dodam coś nowego sporo dla mnie znaczy.
Tak więc nie poprzestanę na tych dwóch tekścikach. Były coś krótkie, ale myślę, że to wina weekendu. Trochę za dużo czasu spędzonego na bezproduktywnym gapieniu się w ekran przez większość czasu.
Tak więc, codziennie raczej nowych tekstów dodawać mi się nie uda, ale myślę, że trzy na tydzień, cztery maks, macie w kieszeni.
Dochodzą mnie też głosy, że komentarze nie działają, ale... starczy, że odezwiecie się do mnie na facebooku :) Wiele dla mnie to znaczy, a szczególnie jak mówicie, że przydało by się coś poprawić, dodać, bardziej wyeksponować na wierzch. Macie ochotę na więcej sci-fi, wierszy, czy może takich postów jak ten, gdzie po prostu będę mówił, co na duszy leży, polecając też co nieco przy okazji?
Po prostu się odzywajcie, wiecie, że jeśli tylko mam czas i nie mam jakiejś schizy, lubię pogadać.
Co więcej...
Umm... Jeśli wam się podoba, polećcie znajomym, zaglądajcie od czasu do czasu. Możecie też napisać coś po swojemu, a ja to z pewnością opublikuję, jeśli się kupy trzyma, a chcecie pochwalić się waszą twórczością, przemyśleniami, czy opinią na jakiś temat.
Będzie tego warte, a na pewno umieszczę podając autora :)
Na dziś to tyle, miłego dnia, nocy, w zależności kiedy to piszecie. A dla wszystkich fanów skrzypiec mam dziś to:
https://www.youtube.com/user/lindseystomp?feature=watch
Świetny kanał, gorąco polecam :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)