-Co robisz?
-Piszę.
-Co?
-Nowego posta.
-Na co?
-Na bloga.
-O czym?
-Mógłbyś mi do cholery jasnej nie przeszkadzać?
Wywaliłem oczami, by zaraz odwrócić fotel i spojrzeć na stojące za mną alter ego...
Cóż, a przynajmniej powinno tam stać, biorąc pod uwagę skąd dobiegał głos. Roztargniony, odwróciłem się z powrotem do kompa, szykując się, by wznowić moja pracę.
-Nosz...!
Nie dokończyłem, stosując swoje ukochane, urywanie zdania. Moje alter ego leżało sobie bokiem na moim stoliku i przentowało się "ponętnie".
-Paint me like one of...
-SPIERDALAJ!
Wrzasnąłem, już całkowicie przerośnięty całą tą sytuacją. Moje lustrzane odbicie, o prawym oku bardziej niebieskim niż lewe, ześlizgnęło się z miną zawodu ze stolika. Przesunęło bliżej mnie stojący na nim kubek z herbatą. Musiałem przyznać, że jego przepraszająca mina, wzorowana na ostatnie niewiniątko była tak prawdziwie... komiczna, że parsknąłem tylko, czując jak moja złość przechodzi.
Upiłem łyk i rozsiadłem się wygodniej, podciągając jedną z nóg na fotel.
Nie ważne jaki był upał, nigdy nie odmawiałem kubkowi ciepłej herbaty. Co paradoskalnie na upał sprawdza się doskonale, wierzcie mi.
-Wiesz o tym, że mając moją facjatę, twoja ogłada jest co najmniej tragiczna? Gdybyśmy mieli ją zapisać w systemie Warhammera w skali od 0 do 100, dostałbyś może... 13.
-Wciąż, musisz wziąć pod uwagę niezwykły urok wnętrza i doskonałe umiejętności manipulacji ludźmi.
Przewróciłem oczyma, uznając, że pan Alter, nie zasługuje w tej kwestii nawet na to, by wyprowadzić go z błędu. No ale... Zasadniczo, bądź co bądź, gniew mój ułagodził. No dobra, może i po prostu jestem dość ugodową osobą, która jeszcze, z jakiegoś niepojętego powodu, wierzy, że wiele można rozwiązać na spokojnie.
Mniejsza z tym jednak.
-No więc, o czym piszesz?
Zerknąłem na ekran. Stuknąłem, dodając kropkę.
-Już skończyłem.
-Ja wiem, że jesteś mistrzem w nie udzielaniu odpowiedzi, ale zaraz mogę po prostu zerknąć w twój ekran.
-No to, proszę...
Lapek został mi zabrany, a ja spokojnie dopiłem herbaty, patrząc jak jegomość w okularach i coraz głębszych z roku na rok zakolach, które pewnie za najdalej kilkanaście lat przejdą w łysinę, dobiera się do mojego tekstu. Śledziłem jego oczy, szybko przeskakujące po tekście.
-Zjadłeś coś?
-Że słucham?
Zamrugałem gwałtownie i przyciągnąłem do siebie szlachetnego lapka i wbiłem oczęta w już opublikowany tekst.
-A, faktycznie... Zapomniałem wspomnieć o tym, że i drzewo pani Szkaradka, sama wybrała uschnięte i powyginane.
-Polak mądry, choć po szkodzie.
-A ja słyszałem tylko, że i po niej głupi.
Ciche prychnięcie chłopaka, który stanął przy oknie, podciągając żaluzje.
-Winter is coming.
-Nie, no proszę... Mógłbyś mi darować wieczne odkładanie oglądnięcia Gry o Tron, co?
-Książka jest ciekawa... Więc warto by i serial ocenić. No ale... Wracając do twojego "pisania". Coś ostatnio przerwę miałeś?
Wyjrzałem przez okno. Zapowiadało się całkiem przyjemne lato. Słońce skryło się już za horyzontem, ale wciąż, widać było jasne pasy między chmurami, rozświetlone, lekko pomarańczowym już blaskiem.
-Sam wiesz najlepiej... Ludzi nie ma, wena odchodzi do lamusa. Pisanie z kimś, zawsze dodawało mi sił, by skrobać coś samemu. Tak jakby odpoczynek od skrobania, bardziej bolał niż przynosił ulgę.
-A do tego jeszcze migreny?
Zamilkłem. Upiłem łyk z kubka.
-Tak...
Przez ostatnie dwa miesiące, przynajmniej raz, dwa razy w tygodniu łapały mnie silne bóle głowy. Teraz, po niedawnej przygodzie w szkole, dostaniu kijem w łeb, trzeci już dzień ból nie ustaje, jedynie z przerwami, gdy jestem zbyt zajęty, by o nim myśleć.
Nie ma gorszego uczucia... Niż ból, który trwa nieprzerwanie. Nawet słaby, staje się irytujący, pogarsza humor i osłabia zdrowy rozsądek.
-A teraz końcówka roku... Półmetek... Jestem wykończony.
-Tak, jeszcze tylko chwila i wakacje.
Prychnąłem.
-Co to za odpoczynek, gdy wie się, że po nim jest ta sama harówka? Nawet gorzej, bo znów wypadnę z rytmu.
Oboje zamilkliśmy. W końcu podniosłem na Altera, zmęczone spojrzenie.
-Co tam u Światów?
Tak mawiałem na wszystko to, co kiedyś napisałem. Pomysły żyły własnym życiem, gnieżdżąc się w podświadomości. Rozwijały się, kiełkowały, dokańczały urwane historie, rozpoczynał nowe, czekając tylko, aż będą mogły błysnąć, gdy się za nie wezmę. A kto ma lepszy dostęp do podświadomości niż druga jaźń?
-Dobrze... Choć nie mogą się doczekać, gdy je w końcu wyciągniesz.
No tak... Tej odpowiedzi mogłem się spodziewać.
-Przeproś je, ale ostatnim razem, z ich powodu zaniedbałem co nieco kontaktów z żywymi tworami zwanymi innymi ludźmi.
Alter uśmiechnął się pod nosem.
-Kiedyś starczyła Ci twoja wyobraźnia.
-Z czasem język przyzwyczaja się do ostrych potraw. Wtedy trzeba jeszcze więcej przypraw, by jadło nie było mdłe i pozbawione nutki, tak ukochanego ognia.
-Ogień parzy.
-Ale fascynuje.
-Zadaje ból.
-Ból mija...
-Sam w to nie wierzysz.
Nie, nie wierzę. Pewne rany, wspomnienia zostają głęboko. Jednak...
-Ale ten ogień daje światło i siłę. Czasem trzeba ryzykować poparzenie, by móc się ogrzać w nocy.
-Hmm... Prześliśmy na temat kobiet?
Oderwałem spojrzenie od okna, wbijając je w swoją twarz, należącą do Altera, opartego wygodnie o drewnianą szafę.
-Nie... Wciąż mówimy o znajomościach. Znasz moje nastawienie do związków.
-Sam w nie nie wierzysz!-śmiech.
-Jak to powiedziała pewna znajoma... Pozwól mi żyć w świecie kłamstw. Bo i ma rację, pośród nich jest tak wygodnie.
-Ale to wciąż iluzje, wymysły.
Zamilkłem. Podniosłem kubek i delikatnie musnąłem wargami jego krawędź, czując wilgoć, tej odrobiny herbaty jaka na niej pozostała. Zaraz dopiłem, wlewając ostatni łyk w siebie.
-Tak jak i ty.
Zapadła cisza... Alter rozwiał się, jak gdyby nigdy go nie było. Przez chwilę siedziałem w ciszy, wbijając spojrzenie w ciemniejące niebo.
Cichutki głosik odezwał się nad moim uchem.
-Więc po co je tworzysz?
niedziela, 16 czerwca 2013
sobota, 15 czerwca 2013
Szkarada
I szkarada pod drzewem siedziała,
Bardzo smutno sobie dumała,
Czemu nikogo sobą,
Jeszcze nie zainteresowała?
Czemu smutno jej tak było,
Nikt jej nie odwiedzał,
Nawet pokoje w jej domu,
Smutne szale przybierają,
A firanki,
Żałobne szaty dziergają,
Nawet drzewo wspomniane,
Coś smutne,
Coś strasznie zapłakane,
Więc wróciła do domu swego,
Do ścian co sama,
Czernią ozdobiła,
Do desek zabitych,
Co poprawić nie chciała,
Do firanek brudnawych,
Dawno nie wypranych,
Do sukienek czarnych,
Kurzem wybielanych,
I twarz w lustrze odbita,
Choć ładna była przecie,
Teraz grymaśny wyraz,
Obrzydzał uroki kobiece.
Jak sobie wymościsz, tak sie wyśpisz. Ludzie! Jęcząc, jaki to świat jest zły i nie miły, nie robicie nic, by stał się dla was lepszy.
Bardzo smutno sobie dumała,
Czemu nikogo sobą,
Jeszcze nie zainteresowała?
Czemu smutno jej tak było,
Nikt jej nie odwiedzał,
Nawet pokoje w jej domu,
Smutne szale przybierają,
A firanki,
Żałobne szaty dziergają,
Nawet drzewo wspomniane,
Coś smutne,
Coś strasznie zapłakane,
Więc wróciła do domu swego,
Do ścian co sama,
Czernią ozdobiła,
Do desek zabitych,
Co poprawić nie chciała,
Do firanek brudnawych,
Dawno nie wypranych,
Do sukienek czarnych,
Kurzem wybielanych,
I twarz w lustrze odbita,
Choć ładna była przecie,
Teraz grymaśny wyraz,
Obrzydzał uroki kobiece.
Jak sobie wymościsz, tak sie wyśpisz. Ludzie! Jęcząc, jaki to świat jest zły i nie miły, nie robicie nic, by stał się dla was lepszy.
środa, 12 czerwca 2013
Garść przemyśleń
Artysta ma tworzyć dla siebie, czy dla publiki?
Oczywiście, do szlachetnego miana artysty z pewnością mi jeszcze daleko (słowo jeszcze też można pominąć), to jednak wciąż, bądź co bądź, jestem twórcą. Nawet jeśli spod moich palców wychodzą największe gnioty.
To jednak...
To moje gnioty. Moja, pieszczone, pielęgnowane, hodowane.
Chcecie jakieś, to sobie je stwórzcie. Ale moje zostawcie w spokoju.
A czemu to mówię?
Bo widzicie...
Chciałem tu pisać bardziej dla was, drogich czytelników, czyli może tej dziesiątki osób na krzyż, a nie dla własnej przyjemności. Efekt jest taki, że się zaciąłem i NAPRAWDĘ nie wiem co dalej.
Stwierdziłem, że będę trzymał się kupy. Że będę pisać ciąg krótkich tekstów składających się na jedno opowiadanie.
Jednak dochodzę do wniosku... Że to MI nie daje satysfakcji. Piszę już i tak opowiadania z ludźmi, więc tam nie mogę sobie pozwolić na skakanie ze stylem, tematyką, eksperymenty.
O nie, mam już zbyt ciasne więzi z owymi ludźmi i dobrze mi z tym, nie mam zamiaru tego marnować.
Dlatego też... Poddaję się.
Może nie tyle o prowadzenie bloga, co prowadzenie go z planem.
Bo czy ja wyglądam na kogoś, kto ma plan?
Słowem, od tej chwili ja sam nie wiem, czego się tutaj spodziewać.
Ostatnio... Mam zły humor. Ciągle i ciągle, bez przerwy. Z rzadka przestaję to ukrywać, ale zaczyna mi się robić duszno.
Dla pisania to dobrze... Bo wtedy chcąc nie chcąc pisać zaczynam. Choć... Z reguły są to raczej smutne opowieści, wiersze, teksty.
A teraz...
Przemyślenia.
Komunikacja miejska. Ile twarzy, ludzi, historii, spojrzeń, emocji, gestów.
Stary mężczyzna w czystej, białej koszuli, siwy, o wciąż jednak bujnych włosach. Jakże te kontrastują z jego cerą... Ciemne worki pod oczyma, pod jednym okiem zmarszczki z ranami, jak gdyby ktoś wzdłuż ich linii przejechał tępym, szorstkim, bardziej drącym, niż tnącym nożem.
Pamiętam jego oczy... Błękit, czystszy niż niebo. Przepełniony bólem i smutkiem, inteligencją jak i rezygnacją.
Był chory... Chudy, niezwykle blady. Z guzem na środku nogi. Bynajmniej nie takim, jaki może nas ozdobić, gdy się po prostu o coś uderzymy.
Po drugiej stronie siedziała jakaś dziewczyna. Słuchawki na uszach, krótkie, ciemne włosy. Całkiem ładna, zaczytana. Między nogami stał plecak, pewnie wracała do domu.
Gdy zerknęła przez okno, jej spojrzenie było zupełnie inne niż tamtego starca.
Lekko przymulone, jak to bywa w komunikacji miejskiej. Za to ciekawe, skaczące między elementami za oknem, jak gdyby widziała w nich coś ciekawszego niż wszyscy inni. Zaraz później wróciła do lektury pochłaniając się w niej.
Komunikacja miejska...
Czasami, wydaje mi się, że to w niej, gdy człowiek jest sam, zajęty sobą a jednak w tłumie, można o nim najwięcej powiedzieć.
Pominę już obserwację. Obrączkę, jej brak, wiek, zdrowie, ubiór.
Przyjrzyjcie się spojrzeniom. Czy cofają wzrok, gdy natrafią na wasz? Czy uśmiechają się czasem przelotnie do zabłąkanej myśli? Czy wpatrują się we własne stopy, a może ich spojrzenie skacze między chmurami, w całkiem dosłownym tego zdania sensie?
A może, tak jak wy, obserwuje, zastanawia się, bada?
Przyjrzyjcie się. Ot, głupia jazda autobusem. A jednak potrafi nakłonić do rozmyślania.
Oczywiście, do szlachetnego miana artysty z pewnością mi jeszcze daleko (słowo jeszcze też można pominąć), to jednak wciąż, bądź co bądź, jestem twórcą. Nawet jeśli spod moich palców wychodzą największe gnioty.
To jednak...
To moje gnioty. Moja, pieszczone, pielęgnowane, hodowane.
Chcecie jakieś, to sobie je stwórzcie. Ale moje zostawcie w spokoju.
A czemu to mówię?
Bo widzicie...
Chciałem tu pisać bardziej dla was, drogich czytelników, czyli może tej dziesiątki osób na krzyż, a nie dla własnej przyjemności. Efekt jest taki, że się zaciąłem i NAPRAWDĘ nie wiem co dalej.
Stwierdziłem, że będę trzymał się kupy. Że będę pisać ciąg krótkich tekstów składających się na jedno opowiadanie.
Jednak dochodzę do wniosku... Że to MI nie daje satysfakcji. Piszę już i tak opowiadania z ludźmi, więc tam nie mogę sobie pozwolić na skakanie ze stylem, tematyką, eksperymenty.
O nie, mam już zbyt ciasne więzi z owymi ludźmi i dobrze mi z tym, nie mam zamiaru tego marnować.
Dlatego też... Poddaję się.
Może nie tyle o prowadzenie bloga, co prowadzenie go z planem.
Bo czy ja wyglądam na kogoś, kto ma plan?
Słowem, od tej chwili ja sam nie wiem, czego się tutaj spodziewać.
Ostatnio... Mam zły humor. Ciągle i ciągle, bez przerwy. Z rzadka przestaję to ukrywać, ale zaczyna mi się robić duszno.
Dla pisania to dobrze... Bo wtedy chcąc nie chcąc pisać zaczynam. Choć... Z reguły są to raczej smutne opowieści, wiersze, teksty.
A teraz...
Przemyślenia.
Komunikacja miejska. Ile twarzy, ludzi, historii, spojrzeń, emocji, gestów.
Stary mężczyzna w czystej, białej koszuli, siwy, o wciąż jednak bujnych włosach. Jakże te kontrastują z jego cerą... Ciemne worki pod oczyma, pod jednym okiem zmarszczki z ranami, jak gdyby ktoś wzdłuż ich linii przejechał tępym, szorstkim, bardziej drącym, niż tnącym nożem.
Pamiętam jego oczy... Błękit, czystszy niż niebo. Przepełniony bólem i smutkiem, inteligencją jak i rezygnacją.
Był chory... Chudy, niezwykle blady. Z guzem na środku nogi. Bynajmniej nie takim, jaki może nas ozdobić, gdy się po prostu o coś uderzymy.
Po drugiej stronie siedziała jakaś dziewczyna. Słuchawki na uszach, krótkie, ciemne włosy. Całkiem ładna, zaczytana. Między nogami stał plecak, pewnie wracała do domu.
Gdy zerknęła przez okno, jej spojrzenie było zupełnie inne niż tamtego starca.
Lekko przymulone, jak to bywa w komunikacji miejskiej. Za to ciekawe, skaczące między elementami za oknem, jak gdyby widziała w nich coś ciekawszego niż wszyscy inni. Zaraz później wróciła do lektury pochłaniając się w niej.
Komunikacja miejska...
Czasami, wydaje mi się, że to w niej, gdy człowiek jest sam, zajęty sobą a jednak w tłumie, można o nim najwięcej powiedzieć.
Pominę już obserwację. Obrączkę, jej brak, wiek, zdrowie, ubiór.
Przyjrzyjcie się spojrzeniom. Czy cofają wzrok, gdy natrafią na wasz? Czy uśmiechają się czasem przelotnie do zabłąkanej myśli? Czy wpatrują się we własne stopy, a może ich spojrzenie skacze między chmurami, w całkiem dosłownym tego zdania sensie?
A może, tak jak wy, obserwuje, zastanawia się, bada?
Przyjrzyjcie się. Ot, głupia jazda autobusem. A jednak potrafi nakłonić do rozmyślania.
niedziela, 9 czerwca 2013
Zakon -cz.1 Fantasy
Ogień płonął skocznie, nie zrażony niczym co działo się wokół.
Drewno w kominku powoli lecz nieubłaganie miało zmienić się w czarny popiół. Jak zresztą wszystko co było w tym domu.
Ogień płonął gorącem…
Języki żywiołu poczęły powoli wspinać się po ścianach, gdy rozrzucone, podpalone drwa zajęły drewniane ściany.
Krew na jednej z nich zaschła szybko, by zaraz sczernieć w gorącu.
Cichy płacz. Ginący w narastającym coraz szybciej trzaskaniu. Chłopak, co ledwie siedem wiosen przeżył, gładził czule odciętą od reszty głowę swej matki. W jego oczach nie było strachu. Nie było rozpaczy.
Bo i to wszystko nie było prawdą. To był sen.
Ocknął się. Powoli, w towarzystwie cichego skrzypienia łóżka wyprostował, by ściągnąć z niego nogi. Zmierzwił dłonią brąz, krótko ścięte włosy.
Nie był nawet zmęczony snem. Kiedy coś śni się co noc, jaki jest sens się tym przejmować? Nie jest to zapowiedź, nie są to znaki. To tylko wspomnienia. A wspomnienia mają to do siebie, że opowiadają o tym co było. A jeśli nie ma to wpływu na przyszłość, to jak mawiał Wielki Mistrz, nie powinno się przyszłości pisać atramentem przeszłości.
Nawet jeśli ból pozostaje.
Ale to już było dobre dziewięć lat temu. Miał teraz piętnaście lat, niedługo skończy szesnaście wchodząc w wiek męski. Zabójcy jego matki i ojca już dawno zostali pojmani i ukarani. Co prawda, za zupełnie inne przewinienia, jednak nie miało to teraz większego znaczenia. Był Adeptem, a to… To już starczy mu jako źródło codziennych trosk, zmartwień, radości i pracy. Nie było potrzeby wracać do przeszłości.
Podniósł się i ruszył do okna by wyjrzeć przez nie.
Zakon… Był mały. Nawet bardzo, biorąc pod uwagę, że razem z trójką adeptów, była ich tylko dziesiątka. Dziesięciu przedstawicieli Zakonu Płonącego Wiru.
Ale wszystko się kończy. Także i jego nauka. Jeszcze tylko rok…
Słońce powoli rozjaśniało niebo. Odezwały się pierwsze koguty. Dziedziniec, choć stary, o kruszącym się kamieniu, teraz, w ten wiosenny poranek prezentował się wspaniale.
Rzędy kolumn w okręgu do o koła fontanny. Gdyby nie magia, ta już pewnie dawno nie miała by prawa działać.
Tak… Magia. Mury tętniły nią tak samo jak żyły wszystkich tu siedzących. Po części dlatego było ich tak mało. Niewiele osób przywdziewa śluby zakonne. A jeszcze mniej z nich może to zrobić, w zakonie, gdy jednym z obowiązków jest władanie tę tajemniczą mocą, jaką obdarzono nielicznych.
-Ismer, pobudka.
Chłopak na łóżku przy ścianie natychmiast otworzył oczy. Zawsze wstawanie wczesną porą sprawia, że nie czuje się chęci dłużej leżeć. A kto rano wstaje, ten od Patronki szczęście dostaje.
Ponoć…
-Kto dzisiaj robi śniadanie?
-Twoja siostra bodajże. Znów będą jakieś pyszności.
Obaj parsknęli cicho. Ismer podniósł swoje wielkie ciało. Miał czternaście lat, a przewyższał i tak wysokiego Volkera o głowę, nie wspominając już o ramionach. Jadł za trzech, śmiał się za pięciu. Jego Talentem co ciekawe było uspokajanie. I w jakiś sposób pasowało to do jego uśmiechu, niebieskich oczu. Kilka lat i z wyglądu zacznie przypominać niedźwiedzia. Ale takiego cyrkowego, który krzywdzić nikogo zamiaru nie ma, choć potrafiłby z pewnością.
Jego siostra zaś pod każdym względem była jego przeciwieństwem. Na przykład, zupełnie nie potrafiła gotować. Lecz mimo usilnych starań i błagań i tak tradycja nakazywała, by każdy adept w rotacji przygotowywał innym posiłki. A więc dziś będą jajka na miękko twarde jak trzeba, plus jakaś przesolona zupa. Volker jednak zamiaru narzekać nie miał. Mimo tragicznego nieraz smaku, nigdy się nie zatruł, co raz się samej Ismi zdarzyło, gdy jadła to co on przygotował.
Obaj ubrali się szybko, jak zwykle w szaty zakonne. Jasny brąz z czerwonymi elementami. Od, habit, a pod nim porządne spodnie. Nikt po ślubach może i nie musiał zawsze szaty nosić, ale jakoś tak już wypadało.
Z resztą Volker nie narzekał. Zasadniczo, gdy mając siedem lat został przyjęty do zakonu, wciąż z sercem przepełnionym bólem i lękiem, zapomniał o wszystkim co było przed tym. Dlatego nigdy nie czuł potrzeby założenia czegoś innego.
Wyszli z pokoju. Mimo tego, że było mnóstwo innych wolnych, biorąc pod uwagę jak wielki był ten budynek, a jak mało osób w nim mieszkało, spali w jednym. A i zimą ogrzewali go wspólnie magią.
Ruszyli kamiennym korytarzem, by zaraz zejść po schodach. Jeszcze jeden zakręt i weszli do kuchni.
Czarnowłosa dziewczyna o prawie czarnych oczach krzątała się przy garnku, nerwowo odliczając czas. Miała dziś na sobie prostą koszulę i spódnicę do kostek. Włosy związane w kuc. Sam Volker jakoś zawsze uważał, że w rozpuszczonych jej o wiele bardziej do twarzy. Była w jego wieku, choć ze wczesnej zimy, co zawsze uznawała, za prawo do tego, by czuła się najstarsza. Choć tylko o te śmieszne dwa miesiące.
Usiedli przy stole, w ciszy, by nie wywołać przypadkiem jakiejś awantury. Zawsze robiła się niezwykle nerwowa przy gotowaniu. Z resztą zawsze łatwo było ją wyprowadzić z równowagi. Sięgneli jedynie do postawionego na stole chleba, by zabrać się za pajdy.
-Sto dwadzieścia.
Ton dziewczyny wskazywał na jawną ulgę. Zdjęła garnek z pieca i wyciągnęła łyżką jajka. Do miski i zaraz na stół.
-Dobry.
Powiedzieli chłopcy jednocześnie, a dziewczyna obrzuciła ich spojrzeniem jasno świadczącym, że nie wierzy w ich dobre intencje.
-Ich, z pewnością będzie pyszne.
Dziewczyna zmroziła Volkera spojrzeniem, który udał, że tego nie zauważył. Ismer parsknął cicho, ale zaraz zabrał się za swoje jajko.
-A tobie jak się spało Vol?
Jej słodki głosik był niezwykle pełny jadu. Sam chłopak nie przejął się prowokacją, obrzucając ją ciepłym uśmiechem.
-Wyjątkowo dobrze. Na samą myśl, że człowiek zastanie tak wspaniale ugotowane na miękko jajka, od razu się humor poprawia.
Rzecz jasna, gdy chwilę później zabrał się za swoje, określenie „na miękko” co najmniej nie pasowało. Choć musiał w duchu przyznać, że wyjątkowo jej dobrze poszło. Jak na to co potrafiła zmalować.
Chwilę później drzwi do kuchni się otworzyły i do środka wszedł brat Godrik, ich opiekun.
-Witam młodzież.
Odezwał się, jak zwykle spokojnym, przyjemnym dla ucha głosem. I choć jego twarz w połowie oszpecona była paskudnymi bliznami po walce z jakimś czarnoksiężnikiem, a kuśtykał lekko na lewą nogę, Volkerowi zawsze kojarzył się z ostoją dobra. Bo to nie wygląd świadczy o człowieku. Co widać po takiej Ismi, która niesłychanie ładna, potrafiła być złośliwa jak wszystkie demony naraz wzięte.
Patelnie podskoczyły, gdy Godrik machnął na nie lekceważąco dłonią. Zaraz po tym na odrobinie oleju piekły się jajka, a on sam usiadł przy uczniach, sięgając po chleb. Kubek z wodą sam do niego przyleciał.
Adeptom nie wolno było używać magii po za zajęciami lub bez zgody opiekuna lub Wielkiego Mistrza. Zawsze im mówiono, że by szanować moc, trzeba najpierw nauczyć się obywać bez niej. Po za tym jeszcze tak dobrze mocą nie władali, by sobie radzić jak ich opiekun.
Ale na wszystko przyjdzie czas jak im mówili.
Niedługo później do środka wszedł też stary już, przygarbiony, siwy niczym stary wilk Mistrz Fedron. Jego długie, pomarszczone palce zacisnęły się delikatnie na kawałku chleba i Volker obserwował znad swojego jajka, jak ten mistrz ziół, maści i naparów raczy się swym skromnym śniadaniem.
-To kiedy ma przyjechać ten pan ap’Krimlon?
Odezwała się Ismi, wbijając oczy w swego opiekuna. Ten odpowiedział jak zwykle spokojnym tonem.
-To mag. Pojawi się gdy uzna to za słuszne, odejdzie gdy uzna za stosowne.
Dziewczyna wywróciła oczami.
-Ma być po południu. Choć nie można być tego pewnym.
Volker zastanowił się. Dowiedzieli się o przybyciu niejakiego Firmana ap’Krimlona z prawie miesięcznym wyprzedzeniem. Rzadko miewali gości, po za wieśniakami szukającymi uzdrowiciela, czy porady, lub gońcami, czy kupcami, mażącymi o jakichś rzadkich artefaktach jakie ponoć mogli by tu kupić. Nic podobnego raczej się tu nie znajdowało. Choć któż zna wszystkie tajemnice siedziby Zakonu?
-A… Po co on właściwie chce nas odwiedzić?
Tu odezwał się Mistrz Fedron.
-Po pierwsze nie on, a pan ap’Krimlon, po drugie nie musisz wszystkiego wiedzieć Volkerze.
Ton był odrobinę karcący, ale sam Godrik odezwał się z uśmiechem.
-Ależ w żądzy wiedzy nie ma niczego złego.
Mistrz uniósł spojrzenie.
-W takim razie nie rozumiem, czemu nie podziela tej żądzy na naukę o ziołach.
Ismer parsknął cicho, a Ismi uśmiechnęła się zadowolona. Ona zawsze radziła sobie z tym przedmiotem nauk wyjątkowo dobrze. Volker nic nie odpowiedział, tylko spuścił wzrok. Bo i stary Mistrz miał rację, a on i tak nie powinien się z nim kłócić.
Kilka chwil później uśmiech Ismis miał zmaleć, gdy nastał czas na zmywanie.
Drewno w kominku powoli lecz nieubłaganie miało zmienić się w czarny popiół. Jak zresztą wszystko co było w tym domu.
Ogień płonął gorącem…
Języki żywiołu poczęły powoli wspinać się po ścianach, gdy rozrzucone, podpalone drwa zajęły drewniane ściany.
Krew na jednej z nich zaschła szybko, by zaraz sczernieć w gorącu.
Cichy płacz. Ginący w narastającym coraz szybciej trzaskaniu. Chłopak, co ledwie siedem wiosen przeżył, gładził czule odciętą od reszty głowę swej matki. W jego oczach nie było strachu. Nie było rozpaczy.
Bo i to wszystko nie było prawdą. To był sen.
Ocknął się. Powoli, w towarzystwie cichego skrzypienia łóżka wyprostował, by ściągnąć z niego nogi. Zmierzwił dłonią brąz, krótko ścięte włosy.
Nie był nawet zmęczony snem. Kiedy coś śni się co noc, jaki jest sens się tym przejmować? Nie jest to zapowiedź, nie są to znaki. To tylko wspomnienia. A wspomnienia mają to do siebie, że opowiadają o tym co było. A jeśli nie ma to wpływu na przyszłość, to jak mawiał Wielki Mistrz, nie powinno się przyszłości pisać atramentem przeszłości.
Nawet jeśli ból pozostaje.
Ale to już było dobre dziewięć lat temu. Miał teraz piętnaście lat, niedługo skończy szesnaście wchodząc w wiek męski. Zabójcy jego matki i ojca już dawno zostali pojmani i ukarani. Co prawda, za zupełnie inne przewinienia, jednak nie miało to teraz większego znaczenia. Był Adeptem, a to… To już starczy mu jako źródło codziennych trosk, zmartwień, radości i pracy. Nie było potrzeby wracać do przeszłości.
Podniósł się i ruszył do okna by wyjrzeć przez nie.
Zakon… Był mały. Nawet bardzo, biorąc pod uwagę, że razem z trójką adeptów, była ich tylko dziesiątka. Dziesięciu przedstawicieli Zakonu Płonącego Wiru.
Ale wszystko się kończy. Także i jego nauka. Jeszcze tylko rok…
Słońce powoli rozjaśniało niebo. Odezwały się pierwsze koguty. Dziedziniec, choć stary, o kruszącym się kamieniu, teraz, w ten wiosenny poranek prezentował się wspaniale.
Rzędy kolumn w okręgu do o koła fontanny. Gdyby nie magia, ta już pewnie dawno nie miała by prawa działać.
Tak… Magia. Mury tętniły nią tak samo jak żyły wszystkich tu siedzących. Po części dlatego było ich tak mało. Niewiele osób przywdziewa śluby zakonne. A jeszcze mniej z nich może to zrobić, w zakonie, gdy jednym z obowiązków jest władanie tę tajemniczą mocą, jaką obdarzono nielicznych.
-Ismer, pobudka.
Chłopak na łóżku przy ścianie natychmiast otworzył oczy. Zawsze wstawanie wczesną porą sprawia, że nie czuje się chęci dłużej leżeć. A kto rano wstaje, ten od Patronki szczęście dostaje.
Ponoć…
-Kto dzisiaj robi śniadanie?
-Twoja siostra bodajże. Znów będą jakieś pyszności.
Obaj parsknęli cicho. Ismer podniósł swoje wielkie ciało. Miał czternaście lat, a przewyższał i tak wysokiego Volkera o głowę, nie wspominając już o ramionach. Jadł za trzech, śmiał się za pięciu. Jego Talentem co ciekawe było uspokajanie. I w jakiś sposób pasowało to do jego uśmiechu, niebieskich oczu. Kilka lat i z wyglądu zacznie przypominać niedźwiedzia. Ale takiego cyrkowego, który krzywdzić nikogo zamiaru nie ma, choć potrafiłby z pewnością.
Jego siostra zaś pod każdym względem była jego przeciwieństwem. Na przykład, zupełnie nie potrafiła gotować. Lecz mimo usilnych starań i błagań i tak tradycja nakazywała, by każdy adept w rotacji przygotowywał innym posiłki. A więc dziś będą jajka na miękko twarde jak trzeba, plus jakaś przesolona zupa. Volker jednak zamiaru narzekać nie miał. Mimo tragicznego nieraz smaku, nigdy się nie zatruł, co raz się samej Ismi zdarzyło, gdy jadła to co on przygotował.
Obaj ubrali się szybko, jak zwykle w szaty zakonne. Jasny brąz z czerwonymi elementami. Od, habit, a pod nim porządne spodnie. Nikt po ślubach może i nie musiał zawsze szaty nosić, ale jakoś tak już wypadało.
Z resztą Volker nie narzekał. Zasadniczo, gdy mając siedem lat został przyjęty do zakonu, wciąż z sercem przepełnionym bólem i lękiem, zapomniał o wszystkim co było przed tym. Dlatego nigdy nie czuł potrzeby założenia czegoś innego.
Wyszli z pokoju. Mimo tego, że było mnóstwo innych wolnych, biorąc pod uwagę jak wielki był ten budynek, a jak mało osób w nim mieszkało, spali w jednym. A i zimą ogrzewali go wspólnie magią.
Ruszyli kamiennym korytarzem, by zaraz zejść po schodach. Jeszcze jeden zakręt i weszli do kuchni.
Czarnowłosa dziewczyna o prawie czarnych oczach krzątała się przy garnku, nerwowo odliczając czas. Miała dziś na sobie prostą koszulę i spódnicę do kostek. Włosy związane w kuc. Sam Volker jakoś zawsze uważał, że w rozpuszczonych jej o wiele bardziej do twarzy. Była w jego wieku, choć ze wczesnej zimy, co zawsze uznawała, za prawo do tego, by czuła się najstarsza. Choć tylko o te śmieszne dwa miesiące.
Usiedli przy stole, w ciszy, by nie wywołać przypadkiem jakiejś awantury. Zawsze robiła się niezwykle nerwowa przy gotowaniu. Z resztą zawsze łatwo było ją wyprowadzić z równowagi. Sięgneli jedynie do postawionego na stole chleba, by zabrać się za pajdy.
-Sto dwadzieścia.
Ton dziewczyny wskazywał na jawną ulgę. Zdjęła garnek z pieca i wyciągnęła łyżką jajka. Do miski i zaraz na stół.
-Dobry.
Powiedzieli chłopcy jednocześnie, a dziewczyna obrzuciła ich spojrzeniem jasno świadczącym, że nie wierzy w ich dobre intencje.
-Ich, z pewnością będzie pyszne.
Dziewczyna zmroziła Volkera spojrzeniem, który udał, że tego nie zauważył. Ismer parsknął cicho, ale zaraz zabrał się za swoje jajko.
-A tobie jak się spało Vol?
Jej słodki głosik był niezwykle pełny jadu. Sam chłopak nie przejął się prowokacją, obrzucając ją ciepłym uśmiechem.
-Wyjątkowo dobrze. Na samą myśl, że człowiek zastanie tak wspaniale ugotowane na miękko jajka, od razu się humor poprawia.
Rzecz jasna, gdy chwilę później zabrał się za swoje, określenie „na miękko” co najmniej nie pasowało. Choć musiał w duchu przyznać, że wyjątkowo jej dobrze poszło. Jak na to co potrafiła zmalować.
Chwilę później drzwi do kuchni się otworzyły i do środka wszedł brat Godrik, ich opiekun.
-Witam młodzież.
Odezwał się, jak zwykle spokojnym, przyjemnym dla ucha głosem. I choć jego twarz w połowie oszpecona była paskudnymi bliznami po walce z jakimś czarnoksiężnikiem, a kuśtykał lekko na lewą nogę, Volkerowi zawsze kojarzył się z ostoją dobra. Bo to nie wygląd świadczy o człowieku. Co widać po takiej Ismi, która niesłychanie ładna, potrafiła być złośliwa jak wszystkie demony naraz wzięte.
Patelnie podskoczyły, gdy Godrik machnął na nie lekceważąco dłonią. Zaraz po tym na odrobinie oleju piekły się jajka, a on sam usiadł przy uczniach, sięgając po chleb. Kubek z wodą sam do niego przyleciał.
Adeptom nie wolno było używać magii po za zajęciami lub bez zgody opiekuna lub Wielkiego Mistrza. Zawsze im mówiono, że by szanować moc, trzeba najpierw nauczyć się obywać bez niej. Po za tym jeszcze tak dobrze mocą nie władali, by sobie radzić jak ich opiekun.
Ale na wszystko przyjdzie czas jak im mówili.
Niedługo później do środka wszedł też stary już, przygarbiony, siwy niczym stary wilk Mistrz Fedron. Jego długie, pomarszczone palce zacisnęły się delikatnie na kawałku chleba i Volker obserwował znad swojego jajka, jak ten mistrz ziół, maści i naparów raczy się swym skromnym śniadaniem.
-To kiedy ma przyjechać ten pan ap’Krimlon?
Odezwała się Ismi, wbijając oczy w swego opiekuna. Ten odpowiedział jak zwykle spokojnym tonem.
-To mag. Pojawi się gdy uzna to za słuszne, odejdzie gdy uzna za stosowne.
Dziewczyna wywróciła oczami.
-Ma być po południu. Choć nie można być tego pewnym.
Volker zastanowił się. Dowiedzieli się o przybyciu niejakiego Firmana ap’Krimlona z prawie miesięcznym wyprzedzeniem. Rzadko miewali gości, po za wieśniakami szukającymi uzdrowiciela, czy porady, lub gońcami, czy kupcami, mażącymi o jakichś rzadkich artefaktach jakie ponoć mogli by tu kupić. Nic podobnego raczej się tu nie znajdowało. Choć któż zna wszystkie tajemnice siedziby Zakonu?
-A… Po co on właściwie chce nas odwiedzić?
Tu odezwał się Mistrz Fedron.
-Po pierwsze nie on, a pan ap’Krimlon, po drugie nie musisz wszystkiego wiedzieć Volkerze.
Ton był odrobinę karcący, ale sam Godrik odezwał się z uśmiechem.
-Ależ w żądzy wiedzy nie ma niczego złego.
Mistrz uniósł spojrzenie.
-W takim razie nie rozumiem, czemu nie podziela tej żądzy na naukę o ziołach.
Ismer parsknął cicho, a Ismi uśmiechnęła się zadowolona. Ona zawsze radziła sobie z tym przedmiotem nauk wyjątkowo dobrze. Volker nic nie odpowiedział, tylko spuścił wzrok. Bo i stary Mistrz miał rację, a on i tak nie powinien się z nim kłócić.
Kilka chwil później uśmiech Ismis miał zmaleć, gdy nastał czas na zmywanie.
poniedziałek, 3 czerwca 2013
O bólu słodkim?
O bólu słodkim tyrady pisano,
Eposy składano,
Wiersze klecono,
Dusze raniono...
O bólu słodkim od nektarów pochodnym,
O słodyczy mdlącej,
Żmii opium kąsającej,
O pucharach goryczy,
O krwi czystej słodyczy,
O solach kwasoty,
O bólu w rozkoszy.
Lecz czy ból powodem?
Gdzież ukryta geneza?
Gdzież początek?
Gdzie winnica bólu pełna?
Gdzie krzewy owocne?
Grona obrzmiałe?
Na jakiej to glebie?
Dojrzewają tak stale...
Powód ów prosty,
Większości tak znany,
Że ze zwykłej litości,
Nie zostanie spisany.
Eposy składano,
Wiersze klecono,
Dusze raniono...
O bólu słodkim od nektarów pochodnym,
O słodyczy mdlącej,
Żmii opium kąsającej,
O pucharach goryczy,
O krwi czystej słodyczy,
O solach kwasoty,
O bólu w rozkoszy.
Lecz czy ból powodem?
Gdzież ukryta geneza?
Gdzież początek?
Gdzie winnica bólu pełna?
Gdzie krzewy owocne?
Grona obrzmiałe?
Na jakiej to glebie?
Dojrzewają tak stale...
Powód ów prosty,
Większości tak znany,
Że ze zwykłej litości,
Nie zostanie spisany.
niedziela, 2 czerwca 2013
Od tak :)
Hej wam :)
Na początku chciałbym podziękować za... Zaskakująco spory odzew. Ponad 30 wyświetleń za każdym razem, gdy dodam coś nowego sporo dla mnie znaczy.
Tak więc nie poprzestanę na tych dwóch tekścikach. Były coś krótkie, ale myślę, że to wina weekendu. Trochę za dużo czasu spędzonego na bezproduktywnym gapieniu się w ekran przez większość czasu.
Tak więc, codziennie raczej nowych tekstów dodawać mi się nie uda, ale myślę, że trzy na tydzień, cztery maks, macie w kieszeni.
Dochodzą mnie też głosy, że komentarze nie działają, ale... starczy, że odezwiecie się do mnie na facebooku :) Wiele dla mnie to znaczy, a szczególnie jak mówicie, że przydało by się coś poprawić, dodać, bardziej wyeksponować na wierzch. Macie ochotę na więcej sci-fi, wierszy, czy może takich postów jak ten, gdzie po prostu będę mówił, co na duszy leży, polecając też co nieco przy okazji?
Po prostu się odzywajcie, wiecie, że jeśli tylko mam czas i nie mam jakiejś schizy, lubię pogadać.
Co więcej...
Umm... Jeśli wam się podoba, polećcie znajomym, zaglądajcie od czasu do czasu. Możecie też napisać coś po swojemu, a ja to z pewnością opublikuję, jeśli się kupy trzyma, a chcecie pochwalić się waszą twórczością, przemyśleniami, czy opinią na jakiś temat.
Będzie tego warte, a na pewno umieszczę podając autora :)
Na dziś to tyle, miłego dnia, nocy, w zależności kiedy to piszecie. A dla wszystkich fanów skrzypiec mam dziś to:
https://www.youtube.com/user/lindseystomp?feature=watch
Świetny kanał, gorąco polecam :)
Na początku chciałbym podziękować za... Zaskakująco spory odzew. Ponad 30 wyświetleń za każdym razem, gdy dodam coś nowego sporo dla mnie znaczy.
Tak więc nie poprzestanę na tych dwóch tekścikach. Były coś krótkie, ale myślę, że to wina weekendu. Trochę za dużo czasu spędzonego na bezproduktywnym gapieniu się w ekran przez większość czasu.
Tak więc, codziennie raczej nowych tekstów dodawać mi się nie uda, ale myślę, że trzy na tydzień, cztery maks, macie w kieszeni.
Dochodzą mnie też głosy, że komentarze nie działają, ale... starczy, że odezwiecie się do mnie na facebooku :) Wiele dla mnie to znaczy, a szczególnie jak mówicie, że przydało by się coś poprawić, dodać, bardziej wyeksponować na wierzch. Macie ochotę na więcej sci-fi, wierszy, czy może takich postów jak ten, gdzie po prostu będę mówił, co na duszy leży, polecając też co nieco przy okazji?
Po prostu się odzywajcie, wiecie, że jeśli tylko mam czas i nie mam jakiejś schizy, lubię pogadać.
Co więcej...
Umm... Jeśli wam się podoba, polećcie znajomym, zaglądajcie od czasu do czasu. Możecie też napisać coś po swojemu, a ja to z pewnością opublikuję, jeśli się kupy trzyma, a chcecie pochwalić się waszą twórczością, przemyśleniami, czy opinią na jakiś temat.
Będzie tego warte, a na pewno umieszczę podając autora :)
Na dziś to tyle, miłego dnia, nocy, w zależności kiedy to piszecie. A dla wszystkich fanów skrzypiec mam dziś to:
https://www.youtube.com/user/lindseystomp?feature=watch
Świetny kanał, gorąco polecam :)
piątek, 31 maja 2013
To... coś...
Korytarz był...
Zaskakująco nijaki. Jak poprzedni i pewnie taki jak następny. No ale nic już na to nie poradzi biedny Walt, zerkający raz za raz do tyłu i zaraz doganiający resztę. Helion na przedzie musiał mieć najgorzej. Monotonna, napierająca ze wszystkich stron konstrukcja, w tej przeraźliwej ciszy działała na nerwy.
Gdzie są wszyscy?
Wiedział doskonale, że każdy członek zespołu zadaje sobie to pytanie.
Zerknął na przykucniętą, idącą przed nim szeregową Heg. Cholera, mógłby przysiąc, że nawet pomimo obszernego pancerza BIO, jej tyłeczek wciąż był ponętny.
Stłumił jednak te myśli, omiatając spojrzeniem mijany zakręt i zerkając raz jeszcze do tyłu.
Cóż... Nic specjalnego.
Same drzwi, metalowe zbrojenia, równo porozstawiane lampy i skrytki z maskami gazowymi.
Wolałbym na okop szturmować.
Ta myśl miała o tyle sensu, że...
-Co do...?
Usłyszał w komunikatorze i natychmiast odwrócił się, by wycelować w to miejsce bronią. Grupa zatrzymała się, czekając aż Helion, patrzący w boczny korytarz, coś odpowie.
-To chyba nie tak powinno wyglądać, no nie?
Zaraz Walt nadgonił resztę. Usłyszał w komunikatorze ciche przekleństwo Heg.
To na co patrzyli...
No bez jaj...
Szafki z kombinezonami do pracy. A raczej... Same szafki. Dwadzieścia par po prostu gdzieś sobie popłynęło.
-Jest kamera. Panie inżynierze, podłączy się pan do niej?
Cywil uruchomił komputer na nadgarstku i wstukał odpowiednie kody dostępu. Po chwili powiększył rozesłał każdemu do hełmu nagranie z pierwszego dnia braku sygnału. Równo dwudziestu ludzi, głównie mężczyzn, wchodzących tym samym korytarzem co oni. Leniwym, zaspanym jak gdyby ruchem, założyli wszyscy skafandry, pomagając sobie nawzajem, a później sennie, tym samym korytarzem wyszli.
I wtedy stało się coś dziwnego... Obraz zatrzymał się i wyskoczył komunikat o uszkodzonym fragmencie. I to co kolejne widzieli, to obecne nagranie, jak sami wchodzą i stoją teraz nieruchomo, każdy wpatrując się we wnętrze własnego hełmu.
-Co do cholery?
Wyrwało się kapralowi, a sierżant wzruszył ramionami.
-Diabli wiedzą. Ile kombinezonów brakuje?
Cywil szybko sprawdził systemy bazy i... Odparł z lekkim drżeniem w głosie.
-Wszystkich. Dokładnie 232 par. To znaczy jest jeszcze 20 zapasowych, ale... Zniknęło dokładnie tyle ile jest członków komple...
-KONTAKT!
Ryknął gapiący sie w korytarz Helion i natychmiast uniósł broń. Walt zaraz podążył wzrokiem za wylotem lufy i dostrzegł...
Właściwie nic.
-Co jest?
Warknął wyraźnie zły na starszego szeregowego sierżant.
-Widziałem jakiś ruch w sąsiednim korytarzu.
Walt zaklął cicho, a inżynier skulił sie w sobie. Rozkazy jednak przyszły szybko, nie dając Samuelowi czasu na rozmyślania.
-To i tak w kierunku naszego celu. Ruszamy. Szyk bojowy. Układ ten sam.
Zakomenderował sierżant. I ruszyli po obu bokach korytarza, choć i tak nie było by za czym znaleźć osłonę. Niedługo przed nimi pojawiła się zamknięta śluza.
-Cokolwiek widziałeś Helion, chyba się w powietrzu rozpłynęło.
Zaśmiała się Heg, chyba próbując rozładować sytuację. Walt uśmiechnął się pod nosem i poczuł chwilowe rozluźnienie. Wciąż jednak pozostaje pytanie...
Gdzie do cholery są wszyscy mieszkańcy?
-Dobra, wchodzimy...
Uciął pogadanki w zalążku dowódca i zaraz otworzyli śluzę by wejść do środka. Dekontaminacja i...
Tym razem... Coś było wyraźnie nie tak. Odczyty wskazywały na wyraźną dekontaminację, choć temperatura była niższa niż na zewnątrz. Ciśnienie jednak i skład powietrza... No, co najmniej dla człowieka nie przyjemne.
-Jazda, jazda... Nie jesteśmy na wycieczce.
Sierżant Greyson jak zwykle doprowadził wszystkich do porządku. Bo Helion szczególnie wydawał sie jakiś taki... nerwowy, raz po raz zerkając na boki. Włączyli latarki, bo wszystkie światła działały w awaryjnym trybie. Cholera wie, czemu są odłączone od głównego zasilania.
Teraz, w tak słabym świetle we wszystkich tych, przecie identycznych jak gdzie indziej ścianach, było coś nie przyjemnego.
-Walt?
Joanna Heg całkiem nieźle maskowała lekkie poddenerwowanie, odzywając się na prywatnym kanale.
-Co Aśka?
-Dzisiaj transmisja meczu Czarnych Supernowych i Wilków z Yorku III.
-Dziesięć kredytów na Wilki.
-Eee, stawiam piętnaście na Czarnych. Sędzią znów jest Piotruszenko, w ostatnim spotkaniu Wilków, wsadził im dwie kartki za drobne przewinienia.
Walt uniósł brwi. Pojęcia nie miał, że Heg ogląda futbol. Ten stary, z matulki Ziemi, ten Europejski bodajże.
-Deal.
-No to zobaczymy, kto wygrał.
Rozłączyła się, a Walt raz jeszcze omiótł jakąś ścianę latarką, tym razem jednak jakoś tak... Bez przekonania, jak gdyby miał już dość tej dziury pośrodku niczego. Bo i taka prawda była.
Nie dane im jednak długo było zastanawiać się, które z nich wygra, bo skafandry poinformowały ich o nieznanej sygnaturze biologicznej. Wszyscy jak jeden mąż unieśli karabiny w kierunku z którego dochodziło ich w hełmach ciche pikanie.
-Jazda. Jeśli cokolwiek to jest ruszy w naszym kierunku, rozwalić.
Rozkaz był jak najbardziej na miejscu. Ponoć w końcu planeta była całkowicie martwa, no nie?
Zbliżyli się powolnym krokiem. Aż zobaczyli...
To... coś...
Biologiczną formację, przypominającą skrzyżowanie paproci z drzewem, wyrastającą z ziemi i rozchodzącą się pod sufitem. Wszystkie wyloty luf utkwiły w "roślinie".
-Uwaga na korzenie.
Mruknął sierżant. Walt zadrżał nerwowo, podchodząc powoli i uważając na nogi.
-Sir, jakie roz...
Nie dokończył. Helion stojący obok niego otworzył ogień, rycząc jak dziki w ich komunikatorze. Rozpędzone szynami magnetycznymi pociski wyleciały z lufy, by wbić się niemiłosiernie w ciało obce. Trysnęła zielonkawa ciecz z każdej rany.
-Co ty...?!
Nie dokończył, bo zobaczył jak stojący za starszym szeregowym inżynier przystawia Helionowi właśnie pistolet do potylicy i wypala trzy razy, z tak bliska, że tarcze nie miały prawa zadziałać. Gdy pociągał za spust po raz trzeci, Walt powalił go serią, jednocześnie z kapralem. Pierwsze kule przebiły się przez tarcze,a kolejne przebiły pancerz, masakrując korpus. Sierżant i Heg mierzyli do obu, ale dopiero się odwrócili, równie niepewni co się stało.
Zaświszczało i zaparowało, gdy oba trupy poczęły się smażyć w zdekompresowanych pancerzach, a różnica ciśnień spowodowała typowy świst. Uniosły się strużki pary.
Krew zaschła na ziemi prawie natychmiast.
-CO DO CHOLERY?!
Wydarł się kapral, tracąc panowanie nad sobą. Walt zaciskał zęby, samemu dziwiąc się że zareagował tak szybko.
-Sierżancie?
Zapytała cicho Heg, nie ukrywając już zwykłego, ludzkiego strachu w głosie i niepewności.
Zapadła martwa cisza.
-Bierzemy próbkę tego czegoś i spierdalamy. Mamy tu zagrożenie psychologiczne pierwszego stopnia.
Kosmos był... Cholernie niebezpiecznym miejscem. Pasożyty, wirusy, meteory, zjawiska pogodowe, drapieżniki, przestawiające się na ludzkie mięso, pełzające, skaczące, latające, plujące kwasem, rozszarpujące wszystko szponami.
Ale jedno było najgorsze... Anomali psychologiczne, kosmiczna demencja. Tego wszyscy się cholernie bali, choć nikt by się nie przyznał.
-Walt?
Heg potrząsnęła szeregowym. Ten ocknął sie ze swoistego zamyślenia.
-Wszystko... Wszystko w porządku. Cholera, znam Heliona od trzech lat.
-Weź sie w garść, bo go jeszcze dogonisz w drodze do piekła.
Jej głos, drżący lekko, zadziałał jak kubeł zimnej wody.
-Dobra, spoko. Nie pierwszy trup obok mnie.
Wydawało mu się, że te niebieskie oczy z hełmu przed nim mają za nic wszelkie przesłony i wgryzają mu się w czaszkę. Czyżby aż tak mu odwalało?
Mniejsza z tym. Obserwował kaprala, wybierającego co nieco próbek, w ruchach, jak gdyby bombę rozbrajał.
-Drużyna do Wozu, wycofujemy się, odbiór.
Odpowiedziała im cisza. Sierżant ponowił wezwanie.
-Drużyna do Wozu, wycofujemy się, odbiór.
Cisza...
-Kurwa.
Warknął kapral.
-Do lądowiska, migiem.
Zakomenderował sierżant, a Walt był prawie pewny, że pierwszy raz słyszy w głosie tego jegomościa zdenerwowanie. Nie trzeba było jednak nikomu nic dwa razy powtarzać. Ruszyli korytarzami, prawie nie oglądając się za siebie i zaraz mijając feralną śluzę.
Walt... Przez cały czas miał wrażenie, jak gdyby coś przyglądało się im w milczeniu, oceniając, jaki sposób ich śmierci będzie najbardziej...
Widowiskowy.
Zaskakująco nijaki. Jak poprzedni i pewnie taki jak następny. No ale nic już na to nie poradzi biedny Walt, zerkający raz za raz do tyłu i zaraz doganiający resztę. Helion na przedzie musiał mieć najgorzej. Monotonna, napierająca ze wszystkich stron konstrukcja, w tej przeraźliwej ciszy działała na nerwy.
Gdzie są wszyscy?
Wiedział doskonale, że każdy członek zespołu zadaje sobie to pytanie.
Zerknął na przykucniętą, idącą przed nim szeregową Heg. Cholera, mógłby przysiąc, że nawet pomimo obszernego pancerza BIO, jej tyłeczek wciąż był ponętny.
Stłumił jednak te myśli, omiatając spojrzeniem mijany zakręt i zerkając raz jeszcze do tyłu.
Cóż... Nic specjalnego.
Same drzwi, metalowe zbrojenia, równo porozstawiane lampy i skrytki z maskami gazowymi.
Wolałbym na okop szturmować.
Ta myśl miała o tyle sensu, że...
-Co do...?
Usłyszał w komunikatorze i natychmiast odwrócił się, by wycelować w to miejsce bronią. Grupa zatrzymała się, czekając aż Helion, patrzący w boczny korytarz, coś odpowie.
-To chyba nie tak powinno wyglądać, no nie?
Zaraz Walt nadgonił resztę. Usłyszał w komunikatorze ciche przekleństwo Heg.
To na co patrzyli...
No bez jaj...
Szafki z kombinezonami do pracy. A raczej... Same szafki. Dwadzieścia par po prostu gdzieś sobie popłynęło.
-Jest kamera. Panie inżynierze, podłączy się pan do niej?
Cywil uruchomił komputer na nadgarstku i wstukał odpowiednie kody dostępu. Po chwili powiększył rozesłał każdemu do hełmu nagranie z pierwszego dnia braku sygnału. Równo dwudziestu ludzi, głównie mężczyzn, wchodzących tym samym korytarzem co oni. Leniwym, zaspanym jak gdyby ruchem, założyli wszyscy skafandry, pomagając sobie nawzajem, a później sennie, tym samym korytarzem wyszli.
I wtedy stało się coś dziwnego... Obraz zatrzymał się i wyskoczył komunikat o uszkodzonym fragmencie. I to co kolejne widzieli, to obecne nagranie, jak sami wchodzą i stoją teraz nieruchomo, każdy wpatrując się we wnętrze własnego hełmu.
-Co do cholery?
Wyrwało się kapralowi, a sierżant wzruszył ramionami.
-Diabli wiedzą. Ile kombinezonów brakuje?
Cywil szybko sprawdził systemy bazy i... Odparł z lekkim drżeniem w głosie.
-Wszystkich. Dokładnie 232 par. To znaczy jest jeszcze 20 zapasowych, ale... Zniknęło dokładnie tyle ile jest członków komple...
-KONTAKT!
Ryknął gapiący sie w korytarz Helion i natychmiast uniósł broń. Walt zaraz podążył wzrokiem za wylotem lufy i dostrzegł...
Właściwie nic.
-Co jest?
Warknął wyraźnie zły na starszego szeregowego sierżant.
-Widziałem jakiś ruch w sąsiednim korytarzu.
Walt zaklął cicho, a inżynier skulił sie w sobie. Rozkazy jednak przyszły szybko, nie dając Samuelowi czasu na rozmyślania.
-To i tak w kierunku naszego celu. Ruszamy. Szyk bojowy. Układ ten sam.
Zakomenderował sierżant. I ruszyli po obu bokach korytarza, choć i tak nie było by za czym znaleźć osłonę. Niedługo przed nimi pojawiła się zamknięta śluza.
-Cokolwiek widziałeś Helion, chyba się w powietrzu rozpłynęło.
Zaśmiała się Heg, chyba próbując rozładować sytuację. Walt uśmiechnął się pod nosem i poczuł chwilowe rozluźnienie. Wciąż jednak pozostaje pytanie...
Gdzie do cholery są wszyscy mieszkańcy?
-Dobra, wchodzimy...
Uciął pogadanki w zalążku dowódca i zaraz otworzyli śluzę by wejść do środka. Dekontaminacja i...
Tym razem... Coś było wyraźnie nie tak. Odczyty wskazywały na wyraźną dekontaminację, choć temperatura była niższa niż na zewnątrz. Ciśnienie jednak i skład powietrza... No, co najmniej dla człowieka nie przyjemne.
-Jazda, jazda... Nie jesteśmy na wycieczce.
Sierżant Greyson jak zwykle doprowadził wszystkich do porządku. Bo Helion szczególnie wydawał sie jakiś taki... nerwowy, raz po raz zerkając na boki. Włączyli latarki, bo wszystkie światła działały w awaryjnym trybie. Cholera wie, czemu są odłączone od głównego zasilania.
Teraz, w tak słabym świetle we wszystkich tych, przecie identycznych jak gdzie indziej ścianach, było coś nie przyjemnego.
-Walt?
Joanna Heg całkiem nieźle maskowała lekkie poddenerwowanie, odzywając się na prywatnym kanale.
-Co Aśka?
-Dzisiaj transmisja meczu Czarnych Supernowych i Wilków z Yorku III.
-Dziesięć kredytów na Wilki.
-Eee, stawiam piętnaście na Czarnych. Sędzią znów jest Piotruszenko, w ostatnim spotkaniu Wilków, wsadził im dwie kartki za drobne przewinienia.
Walt uniósł brwi. Pojęcia nie miał, że Heg ogląda futbol. Ten stary, z matulki Ziemi, ten Europejski bodajże.
-Deal.
-No to zobaczymy, kto wygrał.
Rozłączyła się, a Walt raz jeszcze omiótł jakąś ścianę latarką, tym razem jednak jakoś tak... Bez przekonania, jak gdyby miał już dość tej dziury pośrodku niczego. Bo i taka prawda była.
Nie dane im jednak długo było zastanawiać się, które z nich wygra, bo skafandry poinformowały ich o nieznanej sygnaturze biologicznej. Wszyscy jak jeden mąż unieśli karabiny w kierunku z którego dochodziło ich w hełmach ciche pikanie.
-Jazda. Jeśli cokolwiek to jest ruszy w naszym kierunku, rozwalić.
Rozkaz był jak najbardziej na miejscu. Ponoć w końcu planeta była całkowicie martwa, no nie?
Zbliżyli się powolnym krokiem. Aż zobaczyli...
To... coś...
Biologiczną formację, przypominającą skrzyżowanie paproci z drzewem, wyrastającą z ziemi i rozchodzącą się pod sufitem. Wszystkie wyloty luf utkwiły w "roślinie".
-Uwaga na korzenie.
Mruknął sierżant. Walt zadrżał nerwowo, podchodząc powoli i uważając na nogi.
-Sir, jakie roz...
Nie dokończył. Helion stojący obok niego otworzył ogień, rycząc jak dziki w ich komunikatorze. Rozpędzone szynami magnetycznymi pociski wyleciały z lufy, by wbić się niemiłosiernie w ciało obce. Trysnęła zielonkawa ciecz z każdej rany.
-Co ty...?!
Nie dokończył, bo zobaczył jak stojący za starszym szeregowym inżynier przystawia Helionowi właśnie pistolet do potylicy i wypala trzy razy, z tak bliska, że tarcze nie miały prawa zadziałać. Gdy pociągał za spust po raz trzeci, Walt powalił go serią, jednocześnie z kapralem. Pierwsze kule przebiły się przez tarcze,a kolejne przebiły pancerz, masakrując korpus. Sierżant i Heg mierzyli do obu, ale dopiero się odwrócili, równie niepewni co się stało.
Zaświszczało i zaparowało, gdy oba trupy poczęły się smażyć w zdekompresowanych pancerzach, a różnica ciśnień spowodowała typowy świst. Uniosły się strużki pary.
Krew zaschła na ziemi prawie natychmiast.
-CO DO CHOLERY?!
Wydarł się kapral, tracąc panowanie nad sobą. Walt zaciskał zęby, samemu dziwiąc się że zareagował tak szybko.
-Sierżancie?
Zapytała cicho Heg, nie ukrywając już zwykłego, ludzkiego strachu w głosie i niepewności.
Zapadła martwa cisza.
-Bierzemy próbkę tego czegoś i spierdalamy. Mamy tu zagrożenie psychologiczne pierwszego stopnia.
Kosmos był... Cholernie niebezpiecznym miejscem. Pasożyty, wirusy, meteory, zjawiska pogodowe, drapieżniki, przestawiające się na ludzkie mięso, pełzające, skaczące, latające, plujące kwasem, rozszarpujące wszystko szponami.
Ale jedno było najgorsze... Anomali psychologiczne, kosmiczna demencja. Tego wszyscy się cholernie bali, choć nikt by się nie przyznał.
-Walt?
Heg potrząsnęła szeregowym. Ten ocknął sie ze swoistego zamyślenia.
-Wszystko... Wszystko w porządku. Cholera, znam Heliona od trzech lat.
-Weź sie w garść, bo go jeszcze dogonisz w drodze do piekła.
Jej głos, drżący lekko, zadziałał jak kubeł zimnej wody.
-Dobra, spoko. Nie pierwszy trup obok mnie.
Wydawało mu się, że te niebieskie oczy z hełmu przed nim mają za nic wszelkie przesłony i wgryzają mu się w czaszkę. Czyżby aż tak mu odwalało?
Mniejsza z tym. Obserwował kaprala, wybierającego co nieco próbek, w ruchach, jak gdyby bombę rozbrajał.
-Drużyna do Wozu, wycofujemy się, odbiór.
Odpowiedziała im cisza. Sierżant ponowił wezwanie.
-Drużyna do Wozu, wycofujemy się, odbiór.
Cisza...
-Kurwa.
Warknął kapral.
-Do lądowiska, migiem.
Zakomenderował sierżant, a Walt był prawie pewny, że pierwszy raz słyszy w głosie tego jegomościa zdenerwowanie. Nie trzeba było jednak nikomu nic dwa razy powtarzać. Ruszyli korytarzami, prawie nie oglądając się za siebie i zaraz mijając feralną śluzę.
Walt... Przez cały czas miał wrażenie, jak gdyby coś przyglądało się im w milczeniu, oceniając, jaki sposób ich śmierci będzie najbardziej...
Widowiskowy.
czwartek, 30 maja 2013
Milczenie to złoto?
Szeregowy Samuel Walt nerwowo sprawdził parametry broni. Z karabinem bojowym starej jak świat firmy Heckler&Koch wszystko było jak zwykle w porządku. Zimna stal nigdy nie wydawała się denerwować, choćby pod lawiną ognia.
Zawsze go to dziwiło. W jakiś pokrętny sposób zaskakiwało go, że ubrany pancerz do działania w warunkach zagrożenia biologicznego, uprzęże, pistolet, dwa granaty szturmowe i trzy doczepione do pasa granaty termiczne pasujące do podwieszonego pod lufą granatnika, nigdy jakoś nie wykazywały oznak stresu.
Odbija ci Walt, wdech wydech i do przodu.
Łatwo pomyśleć, trudniej zrobić. Stracili kontakt z zespołem ośrodka jakieś... Trzy dni temu? Z początku myślano, że to problemy z łącznością spowodowane niedawną burzą nad całą planetą o niespotykanym rozmiarze, ale...
Powinni się już odezwać, no nie?
Zerknął przed siebie na kaprala i siedzącego obok niego sierżanta Greysona, który w spokoju przyglądał się swojej broni. Diabli wiedzą, o czym teraz myślał, ten małomówny po za walką jegomość. No ale...
Sześcioosobowy oddział. Stacjonowali na tej wspaniałej, wypalonej do pyłu planecie, gdzieś w zapomnianym przez Boga sektorze galaktyki.
Kolejna cudna planeta, która witała ludzi setkami sposobów by się ich pozbyć, jak gdyby wszystkie w okolicy wiedziały, co się stało z matką ziemią.
Ale póki nie było organizmów, które witały przybyszów niczym patogen... Jak na 90% nadających się do zamieszkania planetach... Nie było o co się aż tak martwić.
Aż do teraz...
-Sir, wiadomo czemu oni każą nam nosić typ pancerza BIO?
Odezwał się, jak gdyby czytając w myślach Walta, siedzący obok niego starszy szeregowy Helion, jak mawiali na tego szturmowca z zapędami piromanckimi.
Sierżant nawet nie unosząc głowy odpowiedział wprost do komunikatorów drużyny.
-Nie Hel... Ale mam podejrzenia, że wolą uniknąć powtórki z Edisona IV.
Walt wzdrygnął się. Druga nadająca sie do zamieszkania, choć też tylko pod kopułami planeta w tym układzie... Na jednej ze stacji wybuchła epidemia. Oddział jaki miał ją zabezpieczyć zaraził się z powodu złego stanu sprzętu i... Dwa tysiące trupów z powodu jakiegoś pasożyta? Znaleźli niby trutkę na bydlaka, która chorych przy okazji nie zabija, ale... Minęło pięć lat, a wciąż była to jedna z najgorszych katastrof tego typu. Nie, ludzki układ odpornościowy był tragiczny w porównaniu ze wszystkim co mieszkało po za ziemią.
I cholera... Na Edisonie, podobnie jak tu, na Matre, ponoć życia organicznego nie było. Wolał się nie zdziwić.
Zerknął na ich technika. Jedyny cywil, inżynier, który miał naprawić łącza komunikacyjne.
Pilot odezwał sie w ich komunikatorach.
-Czas dotarcia T minus dwie minuty.
Zakomenderował, a Walt przełączył się na obraz z kamer transportera.
Sucha, szara, gorąca jak diabli planeta, bez choćby jednej chmurki teraz na niebie, za to czasem smagająca kwaśnym deszczem i piaskową zamiecią, na zmianę z piorunami i huraganami. Choć dziś pogoda była...
Ładna. Jeśli można tak powiedzieć o 70 stopniach Celcjusza w cieniu i ponad setce w słońcu.
No ale przynajmniej transportera sunącego nad ostrymi jak brzytwa skałami, nie znosił żaden wiatr, ani nie wgryzał się w pancerz kwaśny deszcz. Co po osłonach kinetycznych podczas deszczu... NIC! Cała technika 26 wieku nie potrafi sobie poradzić z czymś tak trywialnym jak deszcz, czy burza piaskowa. A przecież nie był to problem jednej planety.
-Kontakt wzrokowy.
Odezwał się pilot, a Walt zaraz przełączył widok na kolejną kamerę, oglądając błyszczący daleeeeko, zbrojonym szkłem i z wystającą wierzą radiową.
-Zrób oblot. Chcę wiedzieć, czy nie doszło do widocznej dehermetyzacji.
Głos sierżanta był jak zwykle spokojny.
No tak, to było to, co mogło się zdarzyć. Gdyby gdziekolwiek do tego doszło, trujące gazy, bo powietrzem się tego nazwać nie dało, wybiły by w kilka minut wszystkich z obszaru. Ale przecież istniały śluzy i cały obiekt by nie wymarł momentalnie, a i w każdej sekcji były maski gazowe, które powinny starczyć tym pechowym, dopóki by za dużo ciepła się nie wdarło i ich nie zagotowało.
Zbliżyli się.
Obiekt nabierał kształtów, przypominając rozciągniety na suchej skorupie planety krzyżyk z rozchodzącymi się od niego, cieńszymi korytarzami. Jakieś dwa kilometry od niego widać było krater kopalni odkrywkowej. Uran zawsze był cennym surowcem.
-Brak widocznej dehermetyzacji, ani innych uszkodzeń sierżancie.
Odezwał się cywil, który na wyświetlonym nad nadgarstkiem ekraniku obserwował wszystkie zdjęcia i przybliżał wszystko co wydało mu się podejrzane.
-Co ciekawe... Wszystkie maszyny są na miejscach w hangarach. A przecież wydobycie prowadzono dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Kapral odezwał się, nie kryjąc irytacji na cywila.
-Sami wprowadzacie procedury a o nich nie myślicie. Przecież podczas burzy musieli sie chyba pochować, no nie?
-No, racja, racja...
Mruknął cywil, zamykając się zaraz. Też miał na sobie pancerz, choć z broni miał tylko krótki pistolet, nie będący właściwie w stanie przebić nawet tarczy i pancerza choćby takiego kombinezonu jaki teraz wszyscy mieli na sobie.
-Lądujemy.
Mruknął sierżant, a transportowiec znieruchomiał w powietrzu, by odwrócić się zaraz powoli. Z jego spodu wysunęły się cztery, metalowe odnóża i spoczęli na płycie.
-Mamy już dostęp do wewnętrznych kanałów komunikacyjnych?
Zapytał inżyniera, a ten tylko skinął głową.
-Próbuję kogokolwiek wywołać od trzech minut. Bez odpowiedzi.
-Na przyszłość. Zakaz łączenia się z kimkolwiek bez mojej zgody.
Warknął sierżant, dając wszystkim znak do rozpięcia pasów.
Cywilbanda...
Wyleźli z
transportera.
Ruszyli przez rozgrzaną płytę w stronę śluzy. Wpisali kod na wciąż działającym i podłączonym panelu. Komora dehermetyzująca i…
Ruszyli przez rozgrzaną płytę w stronę śluzy. Wpisali kod na wciąż działającym i podłączonym panelu. Komora dehermetyzująca i…
Wleźli do
środka.
-Cholera
jasna. Wszystko jest… ideanie.
Mruknął inżynier, rozglądając się.
Mruknął inżynier, rozglądając się.
Korytarz
był. W idealnym stanie. Wykazy pokazywały temperaturę dwudziestu dwóch stopni,
ponad dwadzieścia procent tlenu z resztą z azotu i ułamkiem dwutlenku węgla.
Ciśnienie właściwie, grawitacja jak na całej planecie, trochę niższa od ziemskiej,
choć ledwie zauważalnie. Cywil sięgnął do twarzy by zdjąć hełm. Walt doskoczył
do niego i chwycił go za rękę.
-Odpierdoliło
Ci?
Cywil zmieszał się i opuścił rękę, a Walt zerknął na sierżanta, który uniósł tylko kciuk do góry, dając znać, że w pełni popiera jego reakcję.
-Pusto… Gdyby to była wina łącza, powinien tu ktoś na nas czekać.
Burknął kapral.
-Broń w pogotowiu. Odbezpieczona. Nie, pan panie inżynierze niech pistoletu nie wyciąga.
Mruknął sierżant w kanale komunikacji zaraz piątka żołnierzy miała podniesioną broń.
-Panie sierżancie.
-Co znowu?
Warknął dowódca do inżyniera, który znów zabrał głos.
-Mam odczyty… W sektorze trzecim, to jest tym korytarzem w lewo, nastąpiła dehermetyzacja od strony podłoża. Utracono także zasilanie w tym miejscu, a śluzy są zamknięte.
Walt uniósł brwi. A jednak na coś się cywil przydał. Poczekał na rozkaz, który zaraz padł.
-Idziemy. Cywil w środek, Helion na szpicy, Walt tylnia. Kapral, utrzymuj łączność z pilotem. Kpw? No to jazda.
Ruszyli lekkim truchtem korytarzem. Każdy z żołnierzy lekko przygarbiony, jak gdyby zaraz mieli paść na glebę pod ostrzałem. Cywil chyba nie czuł tego, że jest jakkolwiek zagrożony.
Cywil zmieszał się i opuścił rękę, a Walt zerknął na sierżanta, który uniósł tylko kciuk do góry, dając znać, że w pełni popiera jego reakcję.
-Pusto… Gdyby to była wina łącza, powinien tu ktoś na nas czekać.
Burknął kapral.
-Broń w pogotowiu. Odbezpieczona. Nie, pan panie inżynierze niech pistoletu nie wyciąga.
Mruknął sierżant w kanale komunikacji zaraz piątka żołnierzy miała podniesioną broń.
-Panie sierżancie.
-Co znowu?
Warknął dowódca do inżyniera, który znów zabrał głos.
-Mam odczyty… W sektorze trzecim, to jest tym korytarzem w lewo, nastąpiła dehermetyzacja od strony podłoża. Utracono także zasilanie w tym miejscu, a śluzy są zamknięte.
Walt uniósł brwi. A jednak na coś się cywil przydał. Poczekał na rozkaz, który zaraz padł.
-Idziemy. Cywil w środek, Helion na szpicy, Walt tylnia. Kapral, utrzymuj łączność z pilotem. Kpw? No to jazda.
Ruszyli lekkim truchtem korytarzem. Każdy z żołnierzy lekko przygarbiony, jak gdyby zaraz mieli paść na glebę pod ostrzałem. Cywil chyba nie czuł tego, że jest jakkolwiek zagrożony.
sobota, 25 maja 2013
Zabawy z piosenkami- Nightwish- The Islander
Mężczyzna zmęczony życiem,
Na skraju własnych dni,
Wpatruje się w horyzont,
Na twarzy ma już łzy,
Chciałby móc znów ruszyć,
Drogę własną znać,
Ale teraz błądzi tylko,
Pośród zgiełku dnia,
Morze dla wyrzutków, dla straconych dni,
Światło gdzieś w oddali, ginie w mroku chmur,
Jednak się go chwyci, gnany miłością swą,
Gotów zrobić wszystko, by odzyskać Ją,
To już tak odległy, osamotniony,
Zapomniany świat,
Stoi zapłakany,
Pusty niczym rozbity wrak,
Światełko się uśmiecha,
Błyszczy światło dnia,
Nadzieją znów napawa,
Miłość wieczna trwa,
Opowieść ta niezwykła,
Co granice rwie,
Życie Ją mu dało,
On pomylił się…
Teraz błąd przekleństwem,
Ciąży niczym kat,
I choć przegranym już uznał się,
On nie podda się,
Kotwica podniesiona,
Kurs jest na wiatr,
Bryza znów na twarzy,
A on goni Ją,
To już tak odległy, ukochany,
Utęskniony świat,
Stoi niewzruszony,
By móc znów odnaleźć miłością swą,
To już tak odległy, ukochany,
Utęskniony świat,
Stoi niewzruszony,
By móc znów odnaleźć miłością swą,
Nie, to nie jest tłumaczenie.
Mam nadzieję, że wam się spodoba. To moje już... trzecie podejście do pisania tekstów piosenek na nowo?
Chyba tak :)
No to... Miłego czytania/słuchania.
I gorąco polecam zespół Nightwish przy okazji.
Na skraju własnych dni,
Wpatruje się w horyzont,
Na twarzy ma już łzy,
Chciałby móc znów ruszyć,
Drogę własną znać,
Ale teraz błądzi tylko,
Pośród zgiełku dnia,
Morze dla wyrzutków, dla straconych dni,
Światło gdzieś w oddali, ginie w mroku chmur,
Jednak się go chwyci, gnany miłością swą,
Gotów zrobić wszystko, by odzyskać Ją,
To już tak odległy, osamotniony,
Zapomniany świat,
Stoi zapłakany,
Pusty niczym rozbity wrak,
Światełko się uśmiecha,
Błyszczy światło dnia,
Nadzieją znów napawa,
Miłość wieczna trwa,
Opowieść ta niezwykła,
Co granice rwie,
Życie Ją mu dało,
On pomylił się…
Teraz błąd przekleństwem,
Ciąży niczym kat,
I choć przegranym już uznał się,
On nie podda się,
Kotwica podniesiona,
Kurs jest na wiatr,
Bryza znów na twarzy,
A on goni Ją,
To już tak odległy, ukochany,
Utęskniony świat,
Stoi niewzruszony,
By móc znów odnaleźć miłością swą,
To już tak odległy, ukochany,
Utęskniony świat,
Stoi niewzruszony,
By móc znów odnaleźć miłością swą,
Mam nadzieję, że wam się spodoba. To moje już... trzecie podejście do pisania tekstów piosenek na nowo?
Chyba tak :)
No to... Miłego czytania/słuchania.
I gorąco polecam zespół Nightwish przy okazji.
czwartek, 23 maja 2013
Nowe Początki
Gdzieś wyczytałem, że ponoć osoby z moim imieniem mają tendencję do...
Zaczynania od nowa.
Cóż, o ile z reguły uważam, że takie dyrdymały można o kant dupy rozbić, to raz musiałem wywiesić białą flagę, rzucić broń niczym francuz i złożyć pokłon jak margrabia Albrecht.
Przyznaję, mam tendencję do tego, że coś urywam, a później zaczynam to samo, ale od zera. Więc...
I tak to teraz zrobię :)
Nowy Początek!
To co było napisane niech zostanie, ale teraz zaczynamy od nowa. Skupię się tylko na świecie sci-fi i fantasy. Mam już do obu zarysy, więc jeszcze w ten weekend (25-26 Maja) postaram się coś wrzucić. Czy mi się uda? Nie wiem, niech każdy, kto łaskawie poświęca czas na czytanie mych marnopisarskich wypocin, trzyma kciuki.
Kolejne zmiany... Postaram się pisać więcej wierszy, czasem przeróbek tekstów znanych piosenek. Jeszcze dziś jeden z nich wstawię.
I kolejna sprawa...
Co jakiś czas będę dodawać też... Swoje zdjęcia :D Zauważyłem, że poczucie, że po drugiej stronie też jest człowiek jest... Dość zaskakujące i ważne zarazem, gdy czytamy jednolite ciągi tekstu nie przeznaczone konkretnej osobie.
Więc...
Czas na Nowy Początek :)
Po licznych próbach zrobienia dobrego zdjęcia to jedyne na co mnie było stać :(
Zaczynania od nowa.
Cóż, o ile z reguły uważam, że takie dyrdymały można o kant dupy rozbić, to raz musiałem wywiesić białą flagę, rzucić broń niczym francuz i złożyć pokłon jak margrabia Albrecht.
Przyznaję, mam tendencję do tego, że coś urywam, a później zaczynam to samo, ale od zera. Więc...
I tak to teraz zrobię :)
Nowy Początek!
To co było napisane niech zostanie, ale teraz zaczynamy od nowa. Skupię się tylko na świecie sci-fi i fantasy. Mam już do obu zarysy, więc jeszcze w ten weekend (25-26 Maja) postaram się coś wrzucić. Czy mi się uda? Nie wiem, niech każdy, kto łaskawie poświęca czas na czytanie mych marnopisarskich wypocin, trzyma kciuki.
Kolejne zmiany... Postaram się pisać więcej wierszy, czasem przeróbek tekstów znanych piosenek. Jeszcze dziś jeden z nich wstawię.
I kolejna sprawa...
Co jakiś czas będę dodawać też... Swoje zdjęcia :D Zauważyłem, że poczucie, że po drugiej stronie też jest człowiek jest... Dość zaskakujące i ważne zarazem, gdy czytamy jednolite ciągi tekstu nie przeznaczone konkretnej osobie.
Więc...
Czas na Nowy Początek :)
Po licznych próbach zrobienia dobrego zdjęcia to jedyne na co mnie było stać :(
Subskrybuj:
Posty (Atom)
