niedziela, 9 czerwca 2013

Zakon -cz.1 Fantasy



Ogień płonął skocznie, nie zrażony niczym co działo się wokół.
Drewno w kominku powoli lecz nieubłaganie miało zmienić się w czarny popiół. Jak zresztą wszystko co było w tym domu.
Ogień płonął gorącem…
Języki żywiołu poczęły powoli wspinać się po ścianach, gdy rozrzucone, podpalone drwa zajęły drewniane ściany.
Krew na jednej z nich zaschła szybko, by zaraz sczernieć w gorącu.
Cichy płacz. Ginący w narastającym coraz szybciej trzaskaniu. Chłopak, co ledwie siedem wiosen przeżył, gładził czule odciętą od reszty głowę swej matki. W jego oczach nie było strachu. Nie było rozpaczy.
Bo i to wszystko nie było prawdą. To był sen.

Ocknął się. Powoli, w towarzystwie cichego skrzypienia łóżka wyprostował, by ściągnąć z niego nogi. Zmierzwił dłonią brąz, krótko ścięte włosy.
Nie był nawet zmęczony snem. Kiedy coś śni się co noc, jaki jest sens się tym przejmować? Nie jest to zapowiedź, nie są to znaki. To tylko wspomnienia. A wspomnienia mają to do siebie, że opowiadają o tym co było. A jeśli nie ma to wpływu na przyszłość, to jak mawiał Wielki Mistrz, nie powinno się przyszłości pisać atramentem przeszłości.
Nawet jeśli ból pozostaje.
Ale to już było dobre dziewięć lat temu. Miał teraz piętnaście lat, niedługo skończy szesnaście wchodząc w wiek męski. Zabójcy jego matki i ojca już dawno zostali pojmani i ukarani. Co prawda, za zupełnie inne przewinienia, jednak nie miało to teraz większego znaczenia. Był Adeptem, a to… To już starczy mu jako źródło codziennych trosk, zmartwień, radości i pracy. Nie było potrzeby wracać do przeszłości.
Podniósł się i ruszył do okna by wyjrzeć przez nie.
Zakon… Był mały. Nawet bardzo, biorąc pod uwagę, że razem z trójką adeptów, była ich tylko dziesiątka. Dziesięciu przedstawicieli Zakonu Płonącego Wiru.
Ale wszystko się kończy. Także i jego nauka. Jeszcze tylko rok…
Słońce powoli rozjaśniało niebo. Odezwały się pierwsze koguty. Dziedziniec, choć stary, o kruszącym się kamieniu, teraz, w ten wiosenny poranek prezentował się wspaniale.
Rzędy kolumn w okręgu do o koła fontanny. Gdyby nie magia, ta już pewnie dawno nie miała by prawa działać.
Tak… Magia. Mury tętniły nią tak samo jak żyły wszystkich tu siedzących. Po części dlatego było ich tak mało. Niewiele osób przywdziewa śluby zakonne. A jeszcze mniej z nich może to zrobić, w zakonie, gdy jednym z obowiązków jest władanie tę tajemniczą mocą, jaką obdarzono nielicznych.
-Ismer, pobudka.
Chłopak na łóżku przy ścianie natychmiast otworzył oczy. Zawsze wstawanie wczesną porą sprawia, że nie czuje się chęci dłużej leżeć. A kto rano wstaje, ten od Patronki szczęście dostaje.
Ponoć…
-Kto dzisiaj robi śniadanie?
-Twoja siostra bodajże. Znów będą jakieś pyszności.
Obaj parsknęli cicho. Ismer podniósł swoje wielkie ciało. Miał czternaście lat, a przewyższał i tak wysokiego Volkera o głowę, nie wspominając już o ramionach. Jadł za trzech, śmiał się za pięciu. Jego Talentem co ciekawe było uspokajanie. I w jakiś sposób pasowało to do jego uśmiechu, niebieskich oczu. Kilka lat i z wyglądu zacznie przypominać niedźwiedzia. Ale takiego cyrkowego, który krzywdzić nikogo zamiaru nie ma, choć potrafiłby z pewnością.
Jego siostra zaś pod każdym względem była jego przeciwieństwem. Na przykład, zupełnie nie potrafiła gotować. Lecz mimo usilnych starań i błagań i tak tradycja nakazywała, by każdy adept w rotacji przygotowywał innym posiłki. A więc dziś będą jajka na miękko twarde jak trzeba, plus jakaś przesolona zupa. Volker jednak zamiaru narzekać nie miał. Mimo tragicznego nieraz smaku, nigdy się nie zatruł, co raz się samej Ismi zdarzyło, gdy jadła to co on przygotował.
Obaj ubrali się szybko, jak zwykle w szaty zakonne.  Jasny brąz z czerwonymi elementami. Od, habit, a pod nim porządne spodnie. Nikt po ślubach może i nie musiał zawsze szaty nosić, ale jakoś tak już wypadało.
Z resztą Volker nie narzekał. Zasadniczo, gdy mając siedem lat został przyjęty do zakonu, wciąż z sercem przepełnionym bólem i lękiem, zapomniał o wszystkim co było przed tym. Dlatego nigdy nie czuł potrzeby założenia czegoś innego.
Wyszli z pokoju. Mimo tego, że było mnóstwo innych wolnych, biorąc pod uwagę jak wielki był ten budynek, a jak mało osób w nim mieszkało, spali  w jednym. A i zimą ogrzewali go wspólnie magią.
Ruszyli kamiennym korytarzem, by zaraz zejść po schodach. Jeszcze jeden zakręt i weszli do kuchni.
Czarnowłosa dziewczyna o prawie czarnych oczach krzątała się przy garnku, nerwowo odliczając czas. Miała dziś na sobie prostą koszulę i spódnicę do kostek. Włosy związane w kuc. Sam Volker jakoś zawsze uważał, że w rozpuszczonych jej o wiele bardziej do twarzy. Była w jego wieku, choć ze wczesnej zimy, co zawsze uznawała, za prawo do tego, by czuła się najstarsza. Choć tylko o te śmieszne dwa miesiące.
Usiedli przy stole, w ciszy, by nie wywołać przypadkiem jakiejś awantury. Zawsze robiła się niezwykle nerwowa przy gotowaniu. Z resztą zawsze łatwo było ją wyprowadzić z równowagi. Sięgneli jedynie do postawionego na stole chleba, by zabrać się za pajdy.
-Sto dwadzieścia.
Ton dziewczyny wskazywał na jawną ulgę. Zdjęła garnek z pieca i wyciągnęła łyżką jajka. Do miski i zaraz na stół.
-Dobry.
Powiedzieli chłopcy jednocześnie, a dziewczyna obrzuciła ich spojrzeniem jasno świadczącym, że nie wierzy w ich dobre intencje.
-Ich, z pewnością będzie pyszne.
Dziewczyna zmroziła Volkera spojrzeniem, który udał, że tego nie zauważył. Ismer parsknął cicho, ale zaraz zabrał się za swoje jajko.
-A tobie jak się spało Vol?
Jej słodki głosik był niezwykle pełny jadu. Sam chłopak nie przejął się prowokacją, obrzucając ją ciepłym uśmiechem.
-Wyjątkowo dobrze. Na samą myśl, że człowiek zastanie tak wspaniale ugotowane na miękko jajka, od razu się humor poprawia.
Rzecz jasna, gdy chwilę później zabrał się za swoje, określenie „na miękko” co najmniej nie pasowało. Choć musiał w duchu przyznać, że wyjątkowo jej dobrze poszło. Jak na to co potrafiła zmalować.
Chwilę później drzwi do kuchni się otworzyły i do środka wszedł brat Godrik, ich opiekun.
-Witam młodzież.
Odezwał się, jak zwykle spokojnym, przyjemnym dla ucha głosem. I choć jego twarz w  połowie oszpecona była paskudnymi bliznami po walce z jakimś czarnoksiężnikiem, a kuśtykał lekko na lewą nogę, Volkerowi zawsze kojarzył się z ostoją dobra. Bo to nie wygląd świadczy o człowieku. Co widać po takiej Ismi, która niesłychanie ładna, potrafiła być złośliwa jak wszystkie demony naraz wzięte.
Patelnie podskoczyły, gdy Godrik machnął na nie lekceważąco dłonią. Zaraz po tym na odrobinie oleju piekły się jajka, a on sam usiadł przy uczniach, sięgając po chleb. Kubek z wodą sam do niego przyleciał.
Adeptom nie wolno było używać magii po za zajęciami lub bez zgody opiekuna lub Wielkiego Mistrza. Zawsze im mówiono, że by szanować moc, trzeba najpierw nauczyć się obywać bez niej. Po za tym jeszcze tak dobrze mocą nie władali, by sobie radzić jak ich opiekun.
Ale na wszystko przyjdzie czas jak im mówili.
Niedługo później do środka wszedł też stary już, przygarbiony, siwy niczym stary wilk Mistrz Fedron. Jego długie, pomarszczone palce zacisnęły się delikatnie na kawałku chleba i Volker obserwował znad swojego jajka, jak ten mistrz ziół, maści i naparów raczy się swym skromnym śniadaniem.
-To kiedy ma przyjechać ten pan ap’Krimlon?
Odezwała się Ismi, wbijając oczy w swego opiekuna. Ten odpowiedział jak zwykle spokojnym tonem.
-To mag. Pojawi się gdy uzna to za słuszne, odejdzie gdy uzna za stosowne.
Dziewczyna wywróciła oczami.
-Ma być po południu. Choć nie można być tego pewnym.
Volker zastanowił się. Dowiedzieli się o przybyciu niejakiego Firmana ap’Krimlona z prawie miesięcznym wyprzedzeniem. Rzadko miewali gości, po za wieśniakami szukającymi uzdrowiciela, czy porady, lub gońcami, czy kupcami, mażącymi o jakichś rzadkich artefaktach jakie ponoć mogli by tu kupić. Nic podobnego raczej się tu nie znajdowało. Choć któż zna wszystkie tajemnice siedziby Zakonu?
-A… Po co on właściwie chce nas odwiedzić?
Tu odezwał się Mistrz Fedron.
-Po pierwsze nie on, a pan ap’Krimlon, po drugie nie musisz wszystkiego wiedzieć Volkerze.
Ton był odrobinę karcący, ale sam Godrik odezwał się z uśmiechem.
-Ależ w żądzy wiedzy nie ma niczego złego.
Mistrz uniósł spojrzenie.
-W takim razie nie rozumiem, czemu nie podziela tej żądzy na naukę o ziołach.
Ismer parsknął cicho, a Ismi uśmiechnęła się zadowolona. Ona zawsze radziła sobie z tym przedmiotem nauk wyjątkowo dobrze. Volker nic nie odpowiedział, tylko spuścił wzrok. Bo i stary Mistrz miał rację, a on i tak nie powinien się z nim kłócić.
Kilka chwil później uśmiech Ismis miał zmaleć, gdy nastał czas na zmywanie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz