-Grunar?
Mężczyzna odwrócił się na koniu i zerknął na towarzysza. Jego poorana
twarz jak zwykle przypomniała mu ile razem przeszli. Sam nie wyglądał
lepiej z uchem dotkliwie poparzonym. Żywot najemnika kwiatami usłany
zdecydowanie nie jest.
-Hę?
-Jak myślisz, wyrobią się na czas?
Grunar chwilę milczał. Spojrzenie niebieskich, bystrych oczu, nie
pasujących do postury łysego mięśniaka, przez chwilę utkwione było w
kamiennym moście pod nimi, gdy zjeżdżali po zboczu góry starym,
zrobionym przez krasnoludy traktem. Solidny, dobrze ułożony kamień,
musiał mieć pewnie kilka wieków.
-Mam nadzieję Bodik. Mam nadzieję... Inaczej czeka nas nie miła niespodzianka.
-Przynajmniej może zdążymy se pochędożyć.
Grunar parsknął cicho.
-Tobie jak zawsze jedno w głowie. Za góra trzy dni do Lerden dotrze
banda tego całego lorda Mordena i co zrobimy? G zrobimy! Już i tak
depczą nam po piętach.
Bodik żachnął się, ale nic powiedział. Powoli wjechali na most nad
przepastnym kanionem w dole. Po ich prawej stronie, daleko widać było
zarys wodospadu, rzygającego wodą, że aż miło patrzeć. Po godzinie jazdy
dojechali do Lerden. Grunar zadał sobie dobre pytanie...
Kto u licha wpadł na genialny pomysł, by zbudować miasto w kotlinie?
Jasne, super, można do niego podejść tylko od jednej strony, gdzie czeka
wysoki mur zrobiony ręką krasnoludów i ludzi, bo reszta osłonięta
wysokimi górami, jakby wielki potwór chapnął stąd kawał skały, ale... A
gdyby tak mieszkańcy chcieli nawiać? Jedyna droga prowadziła przez
otwarte pole przed miastem, a zgadnijmy, gdzie będą stacjonować
oblegające go siły?
A te się zbliżały. Niejaki lord Morden postanowił zagarnąć sobie te
ziemie, a dumny, krasnoludzki tan Meder syn Merena, nie miał zamiaru
ułatwiać mu zadania.
I dobrze, bo jeśli wygrają, to do ich kiesy wpadnie sporo krasnoludzkiego złota.
Ale wojen nie wygra się tylko złotem, jeśli nikt go nie chce, bo wolą łaski tego lordunia. Trudno, więcej dla nich.
Wjechali przez bramę, gdy potwierdzili listem swą tożsamość. skierowano
ich do karczmy. Godzinę później Grunar siedział już popijając powoli
kufel ludzkiego, rozwodnionego piwa (krasnoludzkie będzie pił po
oblężeniu) i dogryzając kawał kiełbasy. Przed nim siedział Bodik, który
już przydybał sobie jakąś tutejszą dziewkę o długich warkoczach i
uroczym uśmiechu. Bodik, mistrz topora i kuszy, gość, który kocha lać
się po mordzie z byle pretekstu, znów uśmiechał się potulnie do
dziewczyny, która zasypywała go pytaniami o szeroki świat.
Grunar uśmiechnął się do własnych myśli. Że też ta wielka, brzydka jak
noc październikowa beczka testosteronu robiła się przy kobietach tak
grzeczna. Wstał powoli i wyszedł na zewnątrz karczmy, by raz jeszcze
odetchnąć głęboko. Nie chciało mu się wracać, więc tylko poprawił miecz i
ruszył na miejski mur. Jakiś młody blondasek akurat pełnił wartę. Miał
może... Szesnaście wiosen na karku?
Diabli wiedzą...
Jedno jest pewne, bał się, cholernie się bał. Ale włącznie trzymał
pewnie, co zdradzało, że krasnoludy zawczasu wszystkich przygotowywały
na taką ewentualność.
-Ponoć jeszcze kto ma przyjechać nam dopomóc.
Grunar pokiwał głową opierając się o mur.
-Różne plotki chodzą. Że jakiś mag się pojawi, bitny oddział
krasnoludów... A nóż jakiś ludzki? Ylfy by się przydały z łukami. Choć
nie, kusze brodaczy bardziej. Macie tu jakąś broń palnął?
Blondyn pokiwał energicznie głową.
-Tak... Będzie z mały oddział krasnoludów z rusznicami, no i mamy te ich orge... orgar...
-Organki...
Dokończył Grunar i prześlizgnął wzrok po murze. W ostatnich basztach,
jak gdyby wtopionych w skałę widział wyraźnie stanowiska na jedną z
najlepszych krasnoludzkich broni. Osiem połączonych ze sobą,
pomniejszonych dział robiło spustoszenie każdą salwą. Ale... Wiedział aż
za dobrze, że w najlepszym przypadku mogą liczyć na stosunek 1:10. I to
jeden to właśnie ich, obrońców. A pewnie będzie jakieś 1:12. Diabli
wiedzą...
Zaciągnąłby się do lorda, ale... Znał go dość dobrze. To właśnie on
kazał mu przypalić część twarzy pochodnią. Za co? Śmiechu warte, za
rzekome: zawracanie głowy jego córce.
A czemu śmiechu warte?
Bo to z jego żoną romansował, jako oficer najemników podczas jakiejś
jego kampanii. I to dało mu doświadczenie, by wiedzieć, gdzie i co jak
rozstawią. No przecież nie nająłby się jako prosty miecz, co to to nie.
Spojrzał na powoli zachodzące słońce.
-Jutro czeka nas sporo pracy młody.
Poklepał blondyna po ramieniu.
-Jak Cię zwą?
-Melik... Panie.
-Melik... I ja nie żaden pan, tylko Grunar po prostu. Trzymaj się...
Najemnik wrócił do karczmy. Bodik znikł gdzieś z młódką. Nawet nie
musiał się domyślać gdzie. Dopił piwa i oparł się o ścianę. Przez chwilę
przyglądał się ludziom i nieludziom w karczmie. Ludzie wyraźnie szukali
sposobu by odreagować, jakaś dziewka puszczała mu oczko. Nie zwrócił
uwagi...
Krasnoludy...
Siedziały i piły, rozmawiały przyciszonym głosem, czasem wybuchając śmiechem.
Zerknął ku wejściu. Ktoś je otworzył i do środka...
-Grunar!
Zawołał do najemnika krasnolud o długiej, rudej brodzie. Łysy
natychmiast zerwał się miejsca i ruszył do krasnoluda. Za nim stał
kolejny, w bogatej, doskonale wykonanej zbroi i z długi i szerokim
mieczem na plecach i zadbaną blond brodą, gdy sam rudy miał na plecach
prostą tarcze, na łbie hełm z rogami , miecz i młot przy pasie.
-Boron! Mredren! Cholerni miło mi was...
Urwał, gdy rudy przywalił mu z piąchy w brzuch.
-Ha! Mówiłem, że się odwdzięczę!
Zawołał wesoło rudy. Grunarowi nie było jednak tak wesoło.
-Mnie też... Cię miło widzieć.
Mruknął prostując się. Blond krasnolud skinął jedynie głową. Jak zwykle
poważny, dostojny, dawał nieomylne wrażenie bycia kimś ważnym. I był...
Ale to dawne dzieje.
Za brodaczami wszedł ktoś jeszcze. Wyższy nawet od Grunara jaszczur o
piaskowych łuskach, odziany w skórznie, z tarczą na plecach i długim
mieczem u boku. Najemnik słyszał o tej broni. Ponoć duchy pustyni
wykuwały takie ostrze dla każdego jaszczura, który przeżył drogę do nich
i ich testy. A to znaczyło, że ma przed sobą nieznanego mu, twardego
jak krasnolud w kłótni o wyższość złota nad każdym innym kruszcem,
wojownika.
Jaszczur spojrzał na mężczyznę niepewnie, ale odezwał się pierwszy.
-Feres'Erts.
Wyciągnął do człowieka dłoń pokrytą piaskowymi łuskami.
-Grunar. Według ojca nazwisko splamiłem rzucając w cholerę
arystokratyczne pochodzenie, więc wybaczysz mi, że się nim nie
przedstawię. Co znaczy twoje imie?
Jaszczur pozwolił sobie na lekkie falowanie ogona. Lubił, gdy ssaki wiedziały co nieco o jego kulturze.
-Grunt o który warto się oprzeć.
Łysy uśmiechnął sie. Podniósł dłoń by zmierzwić czarną brodę, która jednak krasnoludom dorównać nie mogła.
-Siadajcie. Przyjechaliście bić się?
-A jakże!-zawołał rudy Boron- za dziewki, honor i kamień! W tej kolejności!
Mredren pokręcił głową i odezwał się, jak zwykle spokojnym głosem.
-Mam swoje powody. Ale Boron ma rację, honor jest wśród nich.
-A ty jaszczurze? Za co się bijesz?
-Dla wyzwania. By sprawdzić się.
Najemnik pokiwał głową. Wszyscy siedli do stołu i po chwili wznieśli kufel w toaście. Born zapytał się wesoło.
-Bodik jest z tobą?
-Jest... Zgadnij gdzie.
Rudy zarechotał, jaszczur spojrzał się pytająco na towarzyszy.
-Długo by gadać. Niektórzy pomimo brzydkiej gęby mają słabość do prostych dziewek, a dziewki do nich.
Odpowiedział Grunar i oparł sie o ścianę.
-Tak czy siak, będzie wesoło. Wiecie, czy ktoś jeszcze ma przyjść?
Tu ożywił się Mredren.
-Zebrałem sporą grupę młodych. Gdy wszkolimy sie i będzie nas więcej,
odbijemy mój dom a oni tam zamieszkają i utworzą własne klany. Póki co,
walczymy dla innych.
Najemnik pokiwał głową. Mieli szanse. Nawet spore... A coś w kościach mu mówiło, że ktoś jeszcze się zjawi.
Jaszczur zaś wydawał sie spięty. Zapachy nacierały na jego język brutalnymi falami. Ale...
Czuł się dobrze.
Czuł, że zadowoli przodków. Krasnoludy to dobre towarzystwo. Wie co to
honor, odwaga. Ceni wolność i bystrość. Jedynie gdyby jeszcze bardziej
cenili higienę...
piątek, 30 listopada 2012
sobota, 22 września 2012
Schody do nieba
Schody do nieba,
Splecione z cienkiej kruchej trzciny,
Powiązanej łykiem,
A może nie?
Może monumentalne w swej wzniosłości?
A może chylą się ku upadłości?
A może z lekkiej chmury tak utkane,
Że istota co na nich chociaż delikatnie stanie,
Upadnie pychą swą związana,
Że czelność miała by nie na swe wezwanie,
Ośmieszyć losy na ziemi jej pisane,
I upadnie w mrok roztrzaskany,
Od tych co już przedtem spadli,
I odłamki ostro-kruche,
Przetną siłą samą duszę,
Ja też spadłem w swej głupocie,
I na przekór mrok tu krusze,
Pychy pomnik tu postawię,
Twardszy niźli myśli wzlotne.
Splecione z cienkiej kruchej trzciny,
Powiązanej łykiem,
A może nie?
Może monumentalne w swej wzniosłości?
A może chylą się ku upadłości?
A może z lekkiej chmury tak utkane,
Że istota co na nich chociaż delikatnie stanie,
Upadnie pychą swą związana,
Że czelność miała by nie na swe wezwanie,
Ośmieszyć losy na ziemi jej pisane,
I upadnie w mrok roztrzaskany,
Od tych co już przedtem spadli,
I odłamki ostro-kruche,
Przetną siłą samą duszę,
Ja też spadłem w swej głupocie,
I na przekór mrok tu krusze,
Pychy pomnik tu postawię,
Twardszy niźli myśli wzlotne.
czwartek, 20 września 2012
Rozdział 1 cz.1 Pogadanki więzienne
Kubeł z
zimną wodą.
Oto co go
obudziło.
Chłód wody
ściekającej, skapującej po twarzy.
Tak dobrze
mu znana i prosta tortura. Skuteczna podczas długiego stosowania.
Tak jak i
fakt że jest w celi bez okien i dostaje jedzenie o nieregularnych porach. Nie pozwolą
mu by wszedł w rutynę, przywykł.
-No więc
panie jaszczurze. Co chce nam pan powiedzieć?
Podniósł
pysk i zmierzył lekko otyłego mężczyznę przed nim wzrokiem który mógłby
przerazić każdego zdrowego na umyśle.
I albo ten
łysy przed nim był chory psychicznie, albo gad o piaskowych łuskach wyszedł z
wprawy.
Cóż, zdarza
się nawet najlepszym.
-Wal się.
Odpowiedział
sucho i przymknął ślepia. Poczuł jak ktoś, prawie przyjacielsko klepie go po
policzku. Gwałtownym ruchem głowy spróbował odgryźć człowiekowi kilka palców.
Ten zaraz cofnął je i zaśmiał się trochę ochryple.
-Oj
jaszczurko, nie udawaj dzikiej, wiemy o tobie co nieco.
Gad zaklął w
myślach. Mimo że stanowił dwa metry żywej, zabójczej maszyny do zabijania nie
mógł teraz nic zrobić. Przykuty za kostki i nadgarstki do ściany miał dość
wąskie pole manewru.
-Panie
kapitanie… Oboje wiemy, że nawet gdybym teraz kazał pana rozkuć i tak by pan
nie uciekał. Zbyt dobrze pan zna procedury i wie, że nawet mając mnie za
zakładnika i tak nie ujdzie pan stąd żywy. Mylę się Tsach’Kaszu?
Jaszczur
przez chwilę wpatrywał się w człowieka. Niechętnie opuścił łeb i syknął
niezadowolony, że łysy już go rozgryzł.
Szczur
przebiegł szybko w kącie celi, na chwilę przykuwając jego uwagę.
-Co mi
grozi?
Człowiek
zagwizdał cicho i zrobił parę kroków, jakby zainteresowany niezwykłą ilością
przestrzeni w celi wykutej chyba w litej skale.
-W
najlepszym przypadku egzekucja. Stryczek. W gorszym łamanie kołem, czy
ćwiartowanie. Chyba, że pójdziesz na współpracę.
Tsach’Kasz
przez ułamek sekundy wahał się. Splunąć na człowieka i podpisać na siebie
wyrok, czy zaryzykować i wymigać się później. Gdyby wybrał śmierć to jego żona
pewnie poszła by do krain Przodków, zabrała go stamtąd i zabiła jeszcze raz.
Brrr…
-Dobra.
Łysy uniósł
brwi.
-Tak po prostu?
-Dałeś mi
dość wąskie pole manewru człowieku.
Mężczyzna
zaśmiał się.
-Zwierzę
zapędzone pod ścianę zrobi wszystko by przeżyć.
Jaszczur
zerknął na ssaka. Tamten był raczej niski, nawet jak na ludzką miarę, z bluznął
na czole pochodzącą z rany nadanej czymś tępym. Szare, nijakie oczy wpatrywały
się w niego. Jaszczur nie był pewien, ale wydało mu się, że widzi w nich błysk
sporej inteligencji. Nie wiedział czy uznać to za dobry znak, czy za
przeszkodę.
Przynajmniej
nie wysłali do niego na rozmowy jakiegoś tłuka.
-Zwierzę
tak. Człek zesra się ze strachu.
Ssak zaśmiał
się cicho.
-Rozkuć go.
Drewniane,
wzmocnione drzwi otworzyły się i do środka weszło dwóch strażników. Jeden
celował do jaszczura z kuszy, drugi podszedł do gada niepewnie i zaczął go rozkuwać.
Po chwili jaszczur stał już na nogach, rozcierając nadgarstki wprawiając ogon w
falisty ruch.
-Zostawcie
nas.
-Eee… Na
pewno? Toć to gadzia morda, nigdy nie wiadomo, czy…
-Won.
Strażnicy
posłusznie wyszli.
-Jestem
Gerth, tyle musisz wiedzieć.
-Nie tylko
pan jest dobrze poinformowany.
Człowiek
uniósł brwi.
-A co pan
wie?
-Gereth
Wede, jeden ze szpiegów króla Torena II, jeden z tych najlepszych i o
niekonwencjonalnym sposobie działania w odróżnieniu do innych. Najpierw myśli,
potem działa.
Lekko otyły
mężczyzna prychnął cicho. Zbliżył do jaszczura.
-Słuchaj
kapitanie. Nasze kraje są w stanie wojny a ty, choć emerytowany, masz spore
ruchy w wojsku. Mam uwierzyć w tę bajeczkę, ze jesteś tu z powodów prywatnych?
-Nie…
-No więc
jaka jest prawda.
-Taka, że
jestem tu prywatnie. Ale możesz wierzyć człeku w co chcesz.
-No więc co
tu niby robisz prywatnie, hę?
-Szukam
ojca.
-Taaaa… A ja
niebieskich karzełków mieszkających pod muchomorami.
-Mój ojciec
to zabójca. Niezły.
Gerth uniósł
brwi.
-Kontynuuj…
-Na tyle
niezły, że przyjął zlecenie…
-Na króla?
-Niieeee… To
by było dla niego zbyt proste.
-No więc?
-Przyjął
zlecenie na kilka osób. Między innymi na Ciebie.
Zapadła
cisza. Jaszczur stał spokojnie, ale szpieg przed nim nie dał rady ukryć podenerwowania.
-Taaa… A jak
znajdziesz swojego ojca?
-Prawdopodobnie
dogadam się z nim by rzucił to zlecenie w cholerę.
-Tiaaa… To
upewnijmy się że niedługo się z nim spotkasz.
Prolog-ciemność
Ciemność…
Wgryzająca się w myśli, w umysł zamknięty, odcięty od świata
żywych, od świata bogów, czy potępionych.
Umysł opleciony gałązkami cierni zwątpienia, strachu przed
własnym istnieniem
Bezrozumna masa okaleczona przez czas.
Umysł.
Mój umysł.
A raczej jego marne resztki egzystujące tam gdzie nie
spojrzał wzrok śmiertelnych. Gdzie nie miało miejsca nic dobrego…
Ani złego.
Bo nie ma dobra, czy zła w tym w kim jestem.
Nie ma moralnej poprawności w egzystencji tak oczywistej,
jak moja.
Bo i po co?
I na co?
Przecież jestem jedynie narzędziem, naczyniem wypełnionym
prostym celem.
Rozumno-bezwolną masą ciała…
Nie…
Przecież teraz nawet brak mi jego. Ciało to produkt uboczny
tego kim jestem.
A kim jestem?
Zwiastunem.
Są dwa zwiastuny.
Zawsze…
Jeden to zwiastun początku.
Tworzenia.
Życia.
Ja?
Mi przypadł w udziale niechlubny zaszczyt bycia zwiastunem
końca.
Niszczenia.
Pyłu i kości.
Nicości.
Nie znam swej siostry. Pierwszej zwiastunki. Nie znam i nie
chcę poznać. Bo to będzie początkiem końca.
Wszystkiego…
Czuję jak wyciągają po mnie swe łapy. Długie, szponiaste
łapy pozbawione litości, bawiące się, nawet mną.
Niechętnie ocknąłem się z letargu. Marzyłem kiedyś by być
zwiastunem ich końca.
Jednak…
Którzy zliczy martwe światy którym odebrałem proch i pył
zwiastując ich nicość?
Cywilizacje które upadały mimo mych ostrzeżeń?
Setki miliardów bilionów istnień które mimo posłuchania się
mych rad i tak nie ocalało?
Nawet ja nie byłem w stanie.
I zaraz znów miałem zrodzić się w jakimś ciele.
I znów zapowiedzieć śmierć i zniszczenie. I nicość która po
nich nastąpi.
Dziś…
Dziś są moje urodziny.
Dziecięcy krzyk. Pierwsze powietrze wbijające się w małe
płucka nowo narodzonego...
-To chłopiec.
czwartek, 13 września 2012
Nowy Świat-Coś się kończy, coś...
-Na glebe!
Seria przeszła gładko, nisko nad nimi, wbijając się i rozpryskując o murek jakiegoś, na wpółzniszczonego domku.
Kasmir przywarł do czegoś, co kiedyś musiało być ścianą. Wyjrzał na chwilę i zaraz się cofnął. Koper jak zwykle ze swoim LKM-em mamrotał coś pod nosem, czekając, aż ogień, choć na chwile ustanie, by mógł rozłożyć dwójnóg.
Krótko ostrzyżony Kasmir przycisnął dłoń do swojego ucha.
-Hades, widzisz ich?
W słuchawce rozległ się spokojny głos.
~Tak. Pięciu gości, wszyscy po drógiej stronie ulicy w ruinie. Jeden rozstawia karabin...
Odgłos strzału z karabinu wyborowego gausa nie dało się z niczym pomylić. Usłyszał krzyk po drógiej stronie i strzały momentalnie ucichły. Kasmir wysunął się za osłony i przywalił krótką serią, wiedząc, że i tak nikogo nie trafi.
W tym samym czasie LKM został rozstawiony i do uszu dowódcy zespołu dobiegł głośny, przypominający ryk silnika terkot. Kule rozpędzane na szynach magnesowych samoróbkach wgryzły się w osłony po drógiej stronie ulicy. Teraz miał szansę.
Wychylił się i rzucił odbezpieczonym granatem zmontowanym przez ich pirotechnika.
Usłyszał po drógiej stronie krzyki i natychmiast wychylił się. Jeden z przeciwników próbował odbiec, ale precyzyjna seria trzech strzałów posłała go na glebę w tempie ekspresowym.
Zaraz później głośny wybuch uderzył w ich uszy, a przeciwnik został poszatkowany przez odłamki. Na chwilę zapadła cisza.
Koper splunął, po czym podniósł się zza osłony. Ten kawał łysego chłopa kiedy tylko cichły krzyki i odgłosy wystrzałów robił się nieludzko spokojny. Może dla tego jako jedyny z nich postanowił założyć rodzinę.
-Hades, widzisz kogoś?
~Nie. Wszędzie czysto.
Kasmir zaklął cicho. Podniósł dłoń by sprawdzić jak mechanizm nadgarstka spisuje się, mimo tego, że wczoraj odbiła się od niego kula. W żyłach mikronanoboty mieszały się z adrenaliną, która przez ostatnie trzy dni trzymała go przy życiu.
Koper nie był ranny, mimo tego, że reszta oddziału, pomijając nieśmiertelnego Hadesa, który zawsze wychodzi bez draśnięcia, nie żyła.
Proste zadanie...
Przychodzicie, zwijacie ostatnie katalizatory i spieprzacie.
Lekki opór przeciwnika.
Kurwa...
A miało być tak pięknie.
Wszystko sypnęło się już podczas rozpoznania. Hades przez trzy dni nie widział nikogo z nich na oczy, bo siedział ukryty w ruinach starego wieżowca, teraz nie mającego nawet połowy dawnej wysokości. Nie było mowy by wrócił, bo akurat musiał przyjechać przeciwnik i rozbić sobie obóz tuż pod nim.
A później, gdy chcieli po cichaczu zdobyć to po co przyszli...
Cóż, wywiązała się walka. I to ostra. Na tyle, że przy życiu pozostała tylko ich trójka, starając się wydostać z miasta.
A, że tamci, banda renegatów i kilka mutantów, nie chcieli ich przepuścić, to nie zostało im wiele możliwości, jak ostrzeliwać się i chować w kanałach pod miastem, gdy robiło się zbyt groźnie.
Ale ci skubańcy przyjechali po to samo co oni, tyle, że nie wiedzieli, gdzie tego szukać. Wiedzieli jednak jak zabezpieczyć jedyny, stojący jeszcze wiadukt, który pozwalał ominąć centrum miasta.
Każdy wiedział, że od centrów miast widm trzeba trzymać się z daleka, albo wjeżdżać tam połową dostępnych wozów opancerzonych.
To była losówka, albo napada Cię banda szajbusów którym promieniowanie i styl życia zrobiło kaszankę z łbów, albo stado zmutowanych zwierząt. Ewentualnie jakiś mech będący pozostałością po wojnie, z wyłączoną zdolnością do rozróżniania swój/wróg.
-Dobra, Hades, wycofaj się.
-A możemy zabrać pasażerkę?
Zapadła cisza, Koper jedynie uniósł brew.
Kasmir zastygł bez ruchu. Jego szare oczy przez chwilę wpatrywały się w widoczny wieżowiec, betonowy szkielet dawnego monstrum jakiejś korporacji.
-Że what?!
-Mam tu dziewczynę. Na oko 16 lat, chude i brudne. Mówi, że mieszkała tu z ojcem aż nie umarł. Załatwiła mi żywność, gdy wy bawiliście się w rambobambo. Nie żebym wam wypominał, że siedziałem tu sam jak palec i nikt nie raczył się mnie pytać czy mi wody nie brakuje, dajmy na to.
-Mieliśmy własne problemy Hadzio, złaź do nas z małą.
-Dobra, dobra, daj na luz. A niby to ja jestem czasem zbyt ponury.
Dwadzieścia minut później spotkali się przy wejściu na wiadukt. Tylko jeden łazik nadawał się do jazdy. Koper i Kasim czekali chwilę, sprawdzając cienkie szklane flakoniki z metalowymi obręczami będącymi katalizatorami. Kasmir obrócił się i już z daleka zobaczył idącego snajpera i nieznaną mu postać. Wyostrzył obraz mrugając dwukrotnie i przybliżył go sobie wyuczoną myślą, na tej samej zasadzie, co ktoś inny porusza dłonią.
Hades jak zwykle idący spokojnym, równym, prawie perfekcyjnie idealnym krokiem ze swym ukochanym karabinem, czarnym płaszczem typu kamo i lekkim LKZem (LKP-Lekki Kombinezon Zwiadowczy). Obok niego szła dziewczyna, trochę niepewnie i co chwilę truchtając by być na równi z ciemnowłosym bogiem podziemi.
Gdyby Kasmir miał ją opisać...
Chude takie, mizerne, brudne w starej koszuli poplamionej chyba smarem i przetartych dżinsach. Krótkie, wręcz szare włosy źle przystrzyżone, wystraszona minka i duże, wręcz dziecinnie wyglądające oczy.
Gdy zbliżyli się do nich Koper podszedł do dziewczyny i spokojnie zapytał się swoim niskim głosem przypominającym mruczenie niedźwiedzia.
Czymkolwiek był niedźwiedź, bo Kasmir jedynie słyszał o tym zwierzaku jakieś plotki. Podobno daleko na północy żyje jeszcze kilka nie zmutowanych.
-Jesteś ranna, spragniona?
Ta zaprzeczyła ruchem głowy, unikając spojrzenia. Wyraźnie nie pasowało jej to, że tyle osób na raz jest zainteresowanych jej osóbką. Jakby chciała się zapaść pod ziemie.
Kasmir przełączył się na termowizję i po chwili znów na normalny tryb widzenia.
-Daj jej jakieś proszki na gorączkę. Dobra panowie, młoda damo, spierdalamy stąd.
Po chwili łazik pędził już na drodze do Sare, małej mieściny w której mieli załatwić sobie lot do "stolicy".
Seria przeszła gładko, nisko nad nimi, wbijając się i rozpryskując o murek jakiegoś, na wpółzniszczonego domku.
Kasmir przywarł do czegoś, co kiedyś musiało być ścianą. Wyjrzał na chwilę i zaraz się cofnął. Koper jak zwykle ze swoim LKM-em mamrotał coś pod nosem, czekając, aż ogień, choć na chwile ustanie, by mógł rozłożyć dwójnóg.
Krótko ostrzyżony Kasmir przycisnął dłoń do swojego ucha.
-Hades, widzisz ich?
W słuchawce rozległ się spokojny głos.
~Tak. Pięciu gości, wszyscy po drógiej stronie ulicy w ruinie. Jeden rozstawia karabin...
Odgłos strzału z karabinu wyborowego gausa nie dało się z niczym pomylić. Usłyszał krzyk po drógiej stronie i strzały momentalnie ucichły. Kasmir wysunął się za osłony i przywalił krótką serią, wiedząc, że i tak nikogo nie trafi.
W tym samym czasie LKM został rozstawiony i do uszu dowódcy zespołu dobiegł głośny, przypominający ryk silnika terkot. Kule rozpędzane na szynach magnesowych samoróbkach wgryzły się w osłony po drógiej stronie ulicy. Teraz miał szansę.
Wychylił się i rzucił odbezpieczonym granatem zmontowanym przez ich pirotechnika.
Usłyszał po drógiej stronie krzyki i natychmiast wychylił się. Jeden z przeciwników próbował odbiec, ale precyzyjna seria trzech strzałów posłała go na glebę w tempie ekspresowym.
Zaraz później głośny wybuch uderzył w ich uszy, a przeciwnik został poszatkowany przez odłamki. Na chwilę zapadła cisza.
Koper splunął, po czym podniósł się zza osłony. Ten kawał łysego chłopa kiedy tylko cichły krzyki i odgłosy wystrzałów robił się nieludzko spokojny. Może dla tego jako jedyny z nich postanowił założyć rodzinę.
-Hades, widzisz kogoś?
~Nie. Wszędzie czysto.
Kasmir zaklął cicho. Podniósł dłoń by sprawdzić jak mechanizm nadgarstka spisuje się, mimo tego, że wczoraj odbiła się od niego kula. W żyłach mikronanoboty mieszały się z adrenaliną, która przez ostatnie trzy dni trzymała go przy życiu.
Koper nie był ranny, mimo tego, że reszta oddziału, pomijając nieśmiertelnego Hadesa, który zawsze wychodzi bez draśnięcia, nie żyła.
Proste zadanie...
Przychodzicie, zwijacie ostatnie katalizatory i spieprzacie.
Lekki opór przeciwnika.
Kurwa...
A miało być tak pięknie.
Wszystko sypnęło się już podczas rozpoznania. Hades przez trzy dni nie widział nikogo z nich na oczy, bo siedział ukryty w ruinach starego wieżowca, teraz nie mającego nawet połowy dawnej wysokości. Nie było mowy by wrócił, bo akurat musiał przyjechać przeciwnik i rozbić sobie obóz tuż pod nim.
A później, gdy chcieli po cichaczu zdobyć to po co przyszli...
Cóż, wywiązała się walka. I to ostra. Na tyle, że przy życiu pozostała tylko ich trójka, starając się wydostać z miasta.
A, że tamci, banda renegatów i kilka mutantów, nie chcieli ich przepuścić, to nie zostało im wiele możliwości, jak ostrzeliwać się i chować w kanałach pod miastem, gdy robiło się zbyt groźnie.
Ale ci skubańcy przyjechali po to samo co oni, tyle, że nie wiedzieli, gdzie tego szukać. Wiedzieli jednak jak zabezpieczyć jedyny, stojący jeszcze wiadukt, który pozwalał ominąć centrum miasta.
Każdy wiedział, że od centrów miast widm trzeba trzymać się z daleka, albo wjeżdżać tam połową dostępnych wozów opancerzonych.
To była losówka, albo napada Cię banda szajbusów którym promieniowanie i styl życia zrobiło kaszankę z łbów, albo stado zmutowanych zwierząt. Ewentualnie jakiś mech będący pozostałością po wojnie, z wyłączoną zdolnością do rozróżniania swój/wróg.
-Dobra, Hades, wycofaj się.
-A możemy zabrać pasażerkę?
Zapadła cisza, Koper jedynie uniósł brew.
Kasmir zastygł bez ruchu. Jego szare oczy przez chwilę wpatrywały się w widoczny wieżowiec, betonowy szkielet dawnego monstrum jakiejś korporacji.
-Że what?!
-Mam tu dziewczynę. Na oko 16 lat, chude i brudne. Mówi, że mieszkała tu z ojcem aż nie umarł. Załatwiła mi żywność, gdy wy bawiliście się w rambobambo. Nie żebym wam wypominał, że siedziałem tu sam jak palec i nikt nie raczył się mnie pytać czy mi wody nie brakuje, dajmy na to.
-Mieliśmy własne problemy Hadzio, złaź do nas z małą.
-Dobra, dobra, daj na luz. A niby to ja jestem czasem zbyt ponury.
Dwadzieścia minut później spotkali się przy wejściu na wiadukt. Tylko jeden łazik nadawał się do jazdy. Koper i Kasim czekali chwilę, sprawdzając cienkie szklane flakoniki z metalowymi obręczami będącymi katalizatorami. Kasmir obrócił się i już z daleka zobaczył idącego snajpera i nieznaną mu postać. Wyostrzył obraz mrugając dwukrotnie i przybliżył go sobie wyuczoną myślą, na tej samej zasadzie, co ktoś inny porusza dłonią.
Hades jak zwykle idący spokojnym, równym, prawie perfekcyjnie idealnym krokiem ze swym ukochanym karabinem, czarnym płaszczem typu kamo i lekkim LKZem (LKP-Lekki Kombinezon Zwiadowczy). Obok niego szła dziewczyna, trochę niepewnie i co chwilę truchtając by być na równi z ciemnowłosym bogiem podziemi.
Gdyby Kasmir miał ją opisać...
Chude takie, mizerne, brudne w starej koszuli poplamionej chyba smarem i przetartych dżinsach. Krótkie, wręcz szare włosy źle przystrzyżone, wystraszona minka i duże, wręcz dziecinnie wyglądające oczy.
Gdy zbliżyli się do nich Koper podszedł do dziewczyny i spokojnie zapytał się swoim niskim głosem przypominającym mruczenie niedźwiedzia.
Czymkolwiek był niedźwiedź, bo Kasmir jedynie słyszał o tym zwierzaku jakieś plotki. Podobno daleko na północy żyje jeszcze kilka nie zmutowanych.
-Jesteś ranna, spragniona?
Ta zaprzeczyła ruchem głowy, unikając spojrzenia. Wyraźnie nie pasowało jej to, że tyle osób na raz jest zainteresowanych jej osóbką. Jakby chciała się zapaść pod ziemie.
Kasmir przełączył się na termowizję i po chwili znów na normalny tryb widzenia.
-Daj jej jakieś proszki na gorączkę. Dobra panowie, młoda damo, spierdalamy stąd.
Po chwili łazik pędził już na drodze do Sare, małej mieściny w której mieli załatwić sobie lot do "stolicy".
wtorek, 4 września 2012
Nowy Świat-Prolog
-Fede...
Planeta możliwości...
Zysku...
Rozwoju...
Nauki...
Kiedyś.
Teraz?
Świat utraconych nadziei. Strat. Degeneracji. Upadającej cywilizacji.
A wszystko przez umre. Co to takiego, zapytałby ktoś z innej gwiazdy?
Substancja. Produkowana przez roślinę, której nie udało się wyhodować na innej planecie. Kamień filozoficzny medycyny. Źródło leków jak i... cyborgów i mutantów.
Źródło sporu...
A gdy statki przestały móc wylecieć z systemu, gdy pole gwiazdy z jakiegoś powodu nie pozwoliło im wyskoczyć w nad przestrzeń...
Wszystko wzięło i się...
Upadek.
Skłócone państwa.
Ktoś sięgnął po broń masowego rażenia.
Nie, to nie był jeden dzień bez nocy. Świat konał powoli, w męczarniach. Najpierw broń atomowa, później chemiczna, niedobitki walczących przez poprzednie dziesięć lat wojsk.
A gdy opadł kurz zagłady...
Na popiele narodził się Nowy Świat. NASZ ŚWIAT! MY przetrwaliśmy, MY pozostaliśmy! Lecz wojna się nie skończyła. Nie walczymy już z sąsiadami. Nie walczymy z narodami. Pozostali mutanci. Wynaturzeni ludzie. Zwierzęta po mutacjach są o wiele bardziej miłe memu sercu, niż te stwory. Chcą nas zniszczyć. Uważają, że to nasza wina! Że teraz, oto powinniśmy odejść w cień i pozostawić im ten świat. O nie... Na to się nie zgodzimy. NIECH SAMI GO WYDRĄ! Lecz po naszym trupie! My i nasi towarzysze, zmienieni przez technikę bronimy ostatnich resztek naszych krajów, naszych tradycji, naszej kultury.
Transmisja z radia urwała się. Stary Derin o siwych włosach postukał w nie poddenerwowany.
-Znów ucięło nam wujka Sama. Dobra dzieciaki, ruszamy.
Zapakowali się do łazików. Osiem osób. Kasmir jak zwykle stanął na działku. Był najbardziej opanowany ze wszystkich, po za tym masa cybernetyki jaką miał w głowie powodowała, że nie dało się z nim wpaść w pułapkę. No chyba, że jakiś geniusz ją zastawił.
~Jazda!
Usłyszeli w słuchawkach i zaraz popędzili pustkowiem wzbijając tumany kurzu. W tej części sektora, jedynie lekko radioaktywnego.
Planeta możliwości...
Zysku...
Rozwoju...
Nauki...
Kiedyś.
Teraz?
Świat utraconych nadziei. Strat. Degeneracji. Upadającej cywilizacji.
A wszystko przez umre. Co to takiego, zapytałby ktoś z innej gwiazdy?
Substancja. Produkowana przez roślinę, której nie udało się wyhodować na innej planecie. Kamień filozoficzny medycyny. Źródło leków jak i... cyborgów i mutantów.
Źródło sporu...
A gdy statki przestały móc wylecieć z systemu, gdy pole gwiazdy z jakiegoś powodu nie pozwoliło im wyskoczyć w nad przestrzeń...
Wszystko wzięło i się...
Upadek.
Skłócone państwa.
Ktoś sięgnął po broń masowego rażenia.
Nie, to nie był jeden dzień bez nocy. Świat konał powoli, w męczarniach. Najpierw broń atomowa, później chemiczna, niedobitki walczących przez poprzednie dziesięć lat wojsk.
A gdy opadł kurz zagłady...
Na popiele narodził się Nowy Świat. NASZ ŚWIAT! MY przetrwaliśmy, MY pozostaliśmy! Lecz wojna się nie skończyła. Nie walczymy już z sąsiadami. Nie walczymy z narodami. Pozostali mutanci. Wynaturzeni ludzie. Zwierzęta po mutacjach są o wiele bardziej miłe memu sercu, niż te stwory. Chcą nas zniszczyć. Uważają, że to nasza wina! Że teraz, oto powinniśmy odejść w cień i pozostawić im ten świat. O nie... Na to się nie zgodzimy. NIECH SAMI GO WYDRĄ! Lecz po naszym trupie! My i nasi towarzysze, zmienieni przez technikę bronimy ostatnich resztek naszych krajów, naszych tradycji, naszej kultury.
Transmisja z radia urwała się. Stary Derin o siwych włosach postukał w nie poddenerwowany.
-Znów ucięło nam wujka Sama. Dobra dzieciaki, ruszamy.
Zapakowali się do łazików. Osiem osób. Kasmir jak zwykle stanął na działku. Był najbardziej opanowany ze wszystkich, po za tym masa cybernetyki jaką miał w głowie powodowała, że nie dało się z nim wpaść w pułapkę. No chyba, że jakiś geniusz ją zastawił.
~Jazda!
Usłyszeli w słuchawkach i zaraz popędzili pustkowiem wzbijając tumany kurzu. W tej części sektora, jedynie lekko radioaktywnego.
środa, 29 sierpnia 2012
Krótko i informacyjnie.
Będą trzy światy. Świat Nowych Gwiazd, Nowy Świat i Derg'arga.
Gwiazdki już widzicie, czyli sci-fi. Nowy Świat będzie postapocaliptikiem ale... Ale na innej planecie, powiązany z Gwiazdami, ale wiele, wiele lat przed znanymi tam wydarzeniami.
Z kolei Derg'arga... To fantasy. Zabraknie elfów znanych wam z Lotra, czy nawet Sapkowskiego. Będą za to inne, mam nadzieje, że ciekawe. Czytaj: tylko te mroczne, drowie czy jak kto tam to nazywa.
Tak czy siak, jeszcze dziś będzie prolog do Nowego Świata i... Proszę was o komentowanie, to wiele dla mnie znaczy, bo pokazuje mi, czy się teksty komuś podobają, czy nie (i czy w ogóle je czytacie).
Wiersze będę dodawał tak często, jak napiszę jakiś, który uznam za ciekawy.
To tyle :)
Pozdrawiam, miłego dzionka, nocki, końca świata, zależnie kiedy czytacie.
I by ktoś się w tym miejscu uśmiechnął:
Howk!
Gwiazdki już widzicie, czyli sci-fi. Nowy Świat będzie postapocaliptikiem ale... Ale na innej planecie, powiązany z Gwiazdami, ale wiele, wiele lat przed znanymi tam wydarzeniami.
Z kolei Derg'arga... To fantasy. Zabraknie elfów znanych wam z Lotra, czy nawet Sapkowskiego. Będą za to inne, mam nadzieje, że ciekawe. Czytaj: tylko te mroczne, drowie czy jak kto tam to nazywa.
Tak czy siak, jeszcze dziś będzie prolog do Nowego Świata i... Proszę was o komentowanie, to wiele dla mnie znaczy, bo pokazuje mi, czy się teksty komuś podobają, czy nie (i czy w ogóle je czytacie).
Wiersze będę dodawał tak często, jak napiszę jakiś, który uznam za ciekawy.
To tyle :)
Pozdrawiam, miłego dzionka, nocki, końca świata, zależnie kiedy czytacie.
I by ktoś się w tym miejscu uśmiechnął:
Howk!
wtorek, 28 sierpnia 2012
Upadły bóg
-Kurwa…
Skomentował dobitnie i pewnie, rzadko używający cięższych słów, Rick Fryderyk Darowski patrząc na odczyt ekranu zawieszonego w sali konfederacyjnej. Prawie setka ludzi przyglądała się jak odczyty powoli zmieniają się, pokazując co zarejestrowała jedyna sonda jaką udało im się znaleźć w pechowym obszarze.
Nie wiedzieli za dużo. Wojskowi Konsurcjum Demawendzikiego nie podali im żadnych informacji po za tym, że zaginęło kilka statków i wysłany ciężki pancernik miał zbadać sprawę w sąsiednim systemie z gwiazdą pulsarową.
Dlatego też zapisy na sondzie były niewyraźne, ale jasno pokazały w jakich warunkach przyszło kapitanowi Hermesa zmierzyć się z problemem.
-Panowie… To co za chwilę zobaczycie zebrała nasza jednostka dokumentująca sprawę. Wysłaliśmy ją w eskorcie pełnej esejki.
Eseska… SJK- Średnia Jednostka Kontaktowa była najczęściej stosowaną formacją używaną do odpowiedzi na ataki, wzmacniania systemów, czy ataku na słabiej chronione. Były to raczej statki od lekkich, do średnich.
Na ekranie pojawił się wykaz użytych jednostek. Cztery krążowniki, pięć kutrów rakietowych, dwa bombery i 4 pełne eskadry myśliwców, 2 eskadry lekkich bombowców taktycznych.
-Nie opieprzali się…
Mruknęła nieznana mu kobieta, siedząca obok o wygolonej prawie do skóry głowie.
Rick musiał jej w duchu przyznać rację. Dodali by jeszcze dwa krążowniki, jeden bomber i kilka fregat uderzeniowych, a mieli by ESU- Eskadrę Szybiego Uderzenia. Ten SJK był większy niż przeciętna esejka, co wskazywało na to, że sytuacja jest poważna.
-Oto wykonane zdjęcia.
Na ekranie pojawiło się kilka ujęć szarego kadłuba Hermesa. Wyraźnie było widać dziury po trafieniach i wyrwane płaty pancerza.
Rick odezwał się spokojnie, opanowany, nie dając po sobie znać z obaw, które już miał, widząc charakterystyczny sposób w jakie pociski wbiły się w statek. Czyli z pełną prędkością…
-Panie Feder… Jeśli dobrze widzę, to czy nie jest to trafienie bezpośrednie? Nie ma śladów po innych, osłabionych przez tarcze, w ogóle to trochę dziwne że dwa strzały przebiły się przez tarczę jakby jej nie było… Albo faktycznie jej tam nie było.
-Pan to…
-Rick Darowski, specjalista do spraw uzbrojenia.
-Panowie, panie… Pan Darowski słusznie zwrócił uwagę na ten fakt. Udało nam się wydobyć czarną skrzynkę i z odczytów wynika, że tarcza była wyłączona w chwili trafienia.
Po sali przeszedł szmer zaskoczenia. Ktoś odezwał się głośno.
-Przecież na tego typu jednostkach tarcze pracują 24h na dobę standardową, nie powinny być nigdy opuszczone w sytuacji bojowej, a tym bardziej przy pulsarze, jak to…
-Właśnie tego chciałbym się dowiedzieć.
Machnął ręką niedbale w powietrzu i slajd przeskoczył na kolejne miejsce. Tym razem widać było tylko wykresy i Rick szybko złapał, że to ślady po odczytach elektomagnetycznych. Widać było masę uderzeń od strony lewej burty przez pulsara, który co chwilę uderzał w statek falą cząstek. A z prawej burty… Odczyt wyszedł po za skalę.
-Boże…
Rick zerknął na kobietę obok siebie, która szybko wstukała coś na wyświetlonym nagle przed nią ekranie holograficznego komputera.
-Panie Feder, to chyba oczywiste co zaszło.
-Pani…
-Jessic Rewer, inżynier tarcz.
-No więc? Zechce się pani podzielić z nami swymi przemyśleniami?
-W roku 2043 słońce weszło niespodziewanie w fazę silnych burz. Przez około miesiąca na naszej ojczystej planecie brakło prądu. Cała nasza cywilizacja skoczyła do tyłu o prawie wiek i wybuchła Trzecia Wojna Światowa, o mały włos nie zakończona odpaleniem broni masowego rażenia.
-Pani Rewer, nie musi nam pani przypominać hi…
-Nie może pan po prostu posłuchać?
Warknęła, a Rick zanotował w pamięci, by jej nie denerwować. Jej głos był ostry i stanowczy, ale pewny siebie, więc słuchał jej z uwagą. W końcu w branży broń i tarcze, stała po stronie tarcz, a więc może będzie mógł jej słowa zastosować w praktyce i podnieść skuteczność uzbrojenia. Lub już teraz ustalić co właściwie tam zaszło.
-Niech pani kontynuuje…
-Dziękuję… No więc, co by nic takiego się nie powtórzyło, w 2112 roku skonstruowano i uruchomioną pierwszą tarczę elektromagnetyczną. Jej siła i wielkość pozwalała osłabić efekt burz słonecznych nad wybranym miastem i wkrótce później podobne zainstalowano na całej Ziemi. Tarcze obecnie stosowane są na tyle potężne, że wyginają tor lotu pocisków i zmniejszają ich prędkość. W przypadku statków większej klasy pancerz wytrzymuje takie trafienie, dlatego też stosujemy te tarcze, bo trudniej je przeciążyć. W przypadku mniejszych statków stosujemy bariery, które zatrzymują pociski, lub odbijają je, łatwiej je jednak przeciążyć. I jest jeszcze jedna różnica… bariera NIE chroni przed promieniowaniem elektromagnetycznym, robi to sama powłoka pancerza. Nie stosujemy jednak takich stopów w statkach z tarczą…
Rick westchnął cicho. Łysa spojrzała na niego i pozwoliła sobie na delikatny uśmiech, rozumiejąc, że ten już wie o co chodzi.
-Tarczę można przeciążyć. Albo uderzeniem, albo właśnie wyjątkowo silnym i skoncentrowanym trafieniem elektromagnetycznym. Czyli kłania się działo jonowe. Po przebiciu tarczy, statek zaliczył przeciążenie wszystkich systemów. Tak więc później wystarczyło tylko przywalić z broni kinetycznej.
Rick zagwizdał cicho. Kilka osób spojrzało na niego, a on zaraz wyjaśnił.
Widział, jak Feder powoli staje się coraz bledszy.
-Nikt jeszcze nie skonstruował działa jonowego o sile wystarczającej by przeciążyć systemy elektroniczne stosowane na statkach, a tym bardziej tarcze. W ogóle wielu inżynierów uważa, że to nie możliwe, bo trzeba by skumulować siłę jednego reaktora fuzyjnego w JEDNYM wystrzale i cała energia musiała by trafić w tarczę. Ale martwi mnie jeszcze coś… Pominę już nawet, że pociski musiały mieć prędkość półtora razy większą niż z naszych najlepszych dział. Chodzi mi bardziej o to, że przeciwnik strzelał… by zabić.
Chwila ciszy, gdy nikt za bardzo nie rozumiał o co chodzi.
-Mostek ma własny system korekcji przeciążeń. Gdzie uderzyło pierwsze trafienie? W mostek… A drugie w maszynownię, niszcząc systemy korekcji reszty statku, bo nie były włączone dodatkowe. Efekt? Nikt nie miał prawa przeżyć, bo od czasu postawienia do stanu gotowości, do wybuchu elektromagnetycznego, było za mało czasu by skorygować przeciążenie jak i włączyć wewnętrzne obwody korekcyjne dla poszczególnych sekcji.
Ktoś zaklął, ktoś głośno nabrał powietrza. Z przodu odezwał się jakiś nie znany mu specjalista.
-Mam wynik swoich obliczeń. Ilość energii użytej w tak krótkim przeciągu czasu nie została jeszcze nigdy użyta na żadnym okręcie we wszechświecie. Zakładając oczywiście, że pan Daros… Darowski się nie myli z energią potrzebną do działa jonowego.
Zapadła cisza.
Wszyscy wpatrywali się we wręcz malownicze ujęcie na tle pulsara, wielkiego masywu Hermesa.
Martwy, zimny, pełen grozy.
Chluba techniki zniszczona w kilka chwil.
Hermes…
Upadły bóg któremu próżnia wycisnęła ostatni oddech z martwych, rozerwanych, metalowych płuc.
Upadły bóg…
Rick pozwolił sobie jeszcze raz cicho zakląć pod nosem.
Pieprzcie się
Pieprzcie się prowokatorzy,
Pieprzcie się szuje,
Pieprzcie cudze marzenia,
Nie moje, nie twoje,
Pieprzcie się wszyscy w koło,
Ja swoje wiem, swoje,
Pieprzcie się pieprzcie się i w koło,
Ja wciąż tutaj stoję,
Możecie sobie drwić,
Możecie żartować,
Nic to nie zmieni,
Nie, nie będę się chować,
Dla mnie to myśl,
To słowo wciąż czyste,
Pieprzcie się krzycząc,
Pieprzcie się wyjąc,
Ja wciąż będę pisał,
Słowom się kłaniał,
Wiersze rymował,
Duszy nie chował,
Pieprzcie się więc,
Moja to sprawa,
Co w myśli i w głowie,
Umyśle i mowie,
Śmiejcie się śmiejcie,
I pieprzcie się drodzy,
Bo na końcu tej drogi,
To ja będę wolny.
Prolog
Kadłub Hermesa ciężko przesuwał się w próżni.
Choć...
Przy zerowej grawitacji nic nie jest przecież ciężkie.
Co nie zmienia faktu, że statek klasy RD-3 nie należał do małych jednostek. Ponad dwie setki ludzi obsługiwało ten wielki okręt przemierzający w pustce przestrzeń systemu o niezbyt dźwięcznej nazwie KL-4x5 z pulsarem, który co chwilę uderzał strumieniem elektromagnetycznym w barierę kolosa.
Skanery już dawno dostały bzika, co nie ułatwiało wyjaśnienia, czemu już trzy statki wojskowe i pięć cywilnych zniknęło w najbliższych pulsarowi systemach.
Kapitan Fin Ishimura był przygotowany na wszystko, ale pewny siebie.
Niewiele istniało statków będących w stanie przebić się przez potężne osłony zasilane przez specjalnie zaprojektowany do nich reaktor fuzyjny.
Same zaś dział potrafiły zmieść jednostkę każdej klasy, jeśli tylko będą mieli czas na przygotowanie i odpalenie pełnej salwy na maksymalnej sile ognia.
Na mostku panował jednak ruch, bo zakłócenia sensorów sprawiało, że trzeba było masy roboty by oczyścić przekazy rozsianych po systemie dronów zwiadowczych.
-Sir!
Kapitan odwrócił się do jednego z załogantów patrzącego w zdziwieniu na ekran.
-Co jest poruczniku Landorf?
-Obiekt o masie zbliżonej do masy lekkiego krążownika zbliża się w naszym kierunku.
Kapitan skinął głową. Natychmiast wydał rozkaz postawienia załogi w stan gotowości.
-Nawiążcie połączenie z...
-Sir, wykryłem wyładowanie elektromagnetyczne dobiegające z...
Nie dokończył. Na sekundę na statku wysiadła cała elektronika.
-Sir, padły tarcze i skanery, nie mamy łączności z dro...
Nie dokończył...
Już nikt na mostku nie miał okazji nigdy więcej powiedzieć.
Pocisk o masie kilograma, rozpędzony do prędkości bliskiej prędkości światła, wbił się w pancerz Hermesa, przebijając go na wylot, poczynając od mostka, a wychodząc pod kątem, odrobinę obok hangaru.
Chwilę później drugi pocisk przebił się przez maszynownię niszcząc reaktory.
Padł system korekcji przeciążenia...
Cała załoga została zmieniona w krwawe plamy na ścianach, gdy zadziałało na nich przeciążenie równe 25 g.
A wszystko to w dostojnej ciszy próżni.
Subskrybuj:
Posty (Atom)