Schody do nieba,
Splecione z cienkiej kruchej trzciny,
Powiązanej łykiem,
A może nie?
Może monumentalne w swej wzniosłości?
A może chylą się ku upadłości?
A może z lekkiej chmury tak utkane,
Że istota co na nich chociaż delikatnie stanie,
Upadnie pychą swą związana,
Że czelność miała by nie na swe wezwanie,
Ośmieszyć losy na ziemi jej pisane,
I upadnie w mrok roztrzaskany,
Od tych co już przedtem spadli,
I odłamki ostro-kruche,
Przetną siłą samą duszę,
Ja też spadłem w swej głupocie,
I na przekór mrok tu krusze,
Pychy pomnik tu postawię,
Twardszy niźli myśli wzlotne.
sobota, 22 września 2012
czwartek, 20 września 2012
Rozdział 1 cz.1 Pogadanki więzienne
Kubeł z
zimną wodą.
Oto co go
obudziło.
Chłód wody
ściekającej, skapującej po twarzy.
Tak dobrze
mu znana i prosta tortura. Skuteczna podczas długiego stosowania.
Tak jak i
fakt że jest w celi bez okien i dostaje jedzenie o nieregularnych porach. Nie pozwolą
mu by wszedł w rutynę, przywykł.
-No więc
panie jaszczurze. Co chce nam pan powiedzieć?
Podniósł
pysk i zmierzył lekko otyłego mężczyznę przed nim wzrokiem który mógłby
przerazić każdego zdrowego na umyśle.
I albo ten
łysy przed nim był chory psychicznie, albo gad o piaskowych łuskach wyszedł z
wprawy.
Cóż, zdarza
się nawet najlepszym.
-Wal się.
Odpowiedział
sucho i przymknął ślepia. Poczuł jak ktoś, prawie przyjacielsko klepie go po
policzku. Gwałtownym ruchem głowy spróbował odgryźć człowiekowi kilka palców.
Ten zaraz cofnął je i zaśmiał się trochę ochryple.
-Oj
jaszczurko, nie udawaj dzikiej, wiemy o tobie co nieco.
Gad zaklął w
myślach. Mimo że stanowił dwa metry żywej, zabójczej maszyny do zabijania nie
mógł teraz nic zrobić. Przykuty za kostki i nadgarstki do ściany miał dość
wąskie pole manewru.
-Panie
kapitanie… Oboje wiemy, że nawet gdybym teraz kazał pana rozkuć i tak by pan
nie uciekał. Zbyt dobrze pan zna procedury i wie, że nawet mając mnie za
zakładnika i tak nie ujdzie pan stąd żywy. Mylę się Tsach’Kaszu?
Jaszczur
przez chwilę wpatrywał się w człowieka. Niechętnie opuścił łeb i syknął
niezadowolony, że łysy już go rozgryzł.
Szczur
przebiegł szybko w kącie celi, na chwilę przykuwając jego uwagę.
-Co mi
grozi?
Człowiek
zagwizdał cicho i zrobił parę kroków, jakby zainteresowany niezwykłą ilością
przestrzeni w celi wykutej chyba w litej skale.
-W
najlepszym przypadku egzekucja. Stryczek. W gorszym łamanie kołem, czy
ćwiartowanie. Chyba, że pójdziesz na współpracę.
Tsach’Kasz
przez ułamek sekundy wahał się. Splunąć na człowieka i podpisać na siebie
wyrok, czy zaryzykować i wymigać się później. Gdyby wybrał śmierć to jego żona
pewnie poszła by do krain Przodków, zabrała go stamtąd i zabiła jeszcze raz.
Brrr…
-Dobra.
Łysy uniósł
brwi.
-Tak po prostu?
-Dałeś mi
dość wąskie pole manewru człowieku.
Mężczyzna
zaśmiał się.
-Zwierzę
zapędzone pod ścianę zrobi wszystko by przeżyć.
Jaszczur
zerknął na ssaka. Tamten był raczej niski, nawet jak na ludzką miarę, z bluznął
na czole pochodzącą z rany nadanej czymś tępym. Szare, nijakie oczy wpatrywały
się w niego. Jaszczur nie był pewien, ale wydało mu się, że widzi w nich błysk
sporej inteligencji. Nie wiedział czy uznać to za dobry znak, czy za
przeszkodę.
Przynajmniej
nie wysłali do niego na rozmowy jakiegoś tłuka.
-Zwierzę
tak. Człek zesra się ze strachu.
Ssak zaśmiał
się cicho.
-Rozkuć go.
Drewniane,
wzmocnione drzwi otworzyły się i do środka weszło dwóch strażników. Jeden
celował do jaszczura z kuszy, drugi podszedł do gada niepewnie i zaczął go rozkuwać.
Po chwili jaszczur stał już na nogach, rozcierając nadgarstki wprawiając ogon w
falisty ruch.
-Zostawcie
nas.
-Eee… Na
pewno? Toć to gadzia morda, nigdy nie wiadomo, czy…
-Won.
Strażnicy
posłusznie wyszli.
-Jestem
Gerth, tyle musisz wiedzieć.
-Nie tylko
pan jest dobrze poinformowany.
Człowiek
uniósł brwi.
-A co pan
wie?
-Gereth
Wede, jeden ze szpiegów króla Torena II, jeden z tych najlepszych i o
niekonwencjonalnym sposobie działania w odróżnieniu do innych. Najpierw myśli,
potem działa.
Lekko otyły
mężczyzna prychnął cicho. Zbliżył do jaszczura.
-Słuchaj
kapitanie. Nasze kraje są w stanie wojny a ty, choć emerytowany, masz spore
ruchy w wojsku. Mam uwierzyć w tę bajeczkę, ze jesteś tu z powodów prywatnych?
-Nie…
-No więc
jaka jest prawda.
-Taka, że
jestem tu prywatnie. Ale możesz wierzyć człeku w co chcesz.
-No więc co
tu niby robisz prywatnie, hę?
-Szukam
ojca.
-Taaaa… A ja
niebieskich karzełków mieszkających pod muchomorami.
-Mój ojciec
to zabójca. Niezły.
Gerth uniósł
brwi.
-Kontynuuj…
-Na tyle
niezły, że przyjął zlecenie…
-Na króla?
-Niieeee… To
by było dla niego zbyt proste.
-No więc?
-Przyjął
zlecenie na kilka osób. Między innymi na Ciebie.
Zapadła
cisza. Jaszczur stał spokojnie, ale szpieg przed nim nie dał rady ukryć podenerwowania.
-Taaa… A jak
znajdziesz swojego ojca?
-Prawdopodobnie
dogadam się z nim by rzucił to zlecenie w cholerę.
-Tiaaa… To
upewnijmy się że niedługo się z nim spotkasz.
Prolog-ciemność
Ciemność…
Wgryzająca się w myśli, w umysł zamknięty, odcięty od świata
żywych, od świata bogów, czy potępionych.
Umysł opleciony gałązkami cierni zwątpienia, strachu przed
własnym istnieniem
Bezrozumna masa okaleczona przez czas.
Umysł.
Mój umysł.
A raczej jego marne resztki egzystujące tam gdzie nie
spojrzał wzrok śmiertelnych. Gdzie nie miało miejsca nic dobrego…
Ani złego.
Bo nie ma dobra, czy zła w tym w kim jestem.
Nie ma moralnej poprawności w egzystencji tak oczywistej,
jak moja.
Bo i po co?
I na co?
Przecież jestem jedynie narzędziem, naczyniem wypełnionym
prostym celem.
Rozumno-bezwolną masą ciała…
Nie…
Przecież teraz nawet brak mi jego. Ciało to produkt uboczny
tego kim jestem.
A kim jestem?
Zwiastunem.
Są dwa zwiastuny.
Zawsze…
Jeden to zwiastun początku.
Tworzenia.
Życia.
Ja?
Mi przypadł w udziale niechlubny zaszczyt bycia zwiastunem
końca.
Niszczenia.
Pyłu i kości.
Nicości.
Nie znam swej siostry. Pierwszej zwiastunki. Nie znam i nie
chcę poznać. Bo to będzie początkiem końca.
Wszystkiego…
Czuję jak wyciągają po mnie swe łapy. Długie, szponiaste
łapy pozbawione litości, bawiące się, nawet mną.
Niechętnie ocknąłem się z letargu. Marzyłem kiedyś by być
zwiastunem ich końca.
Jednak…
Którzy zliczy martwe światy którym odebrałem proch i pył
zwiastując ich nicość?
Cywilizacje które upadały mimo mych ostrzeżeń?
Setki miliardów bilionów istnień które mimo posłuchania się
mych rad i tak nie ocalało?
Nawet ja nie byłem w stanie.
I zaraz znów miałem zrodzić się w jakimś ciele.
I znów zapowiedzieć śmierć i zniszczenie. I nicość która po
nich nastąpi.
Dziś…
Dziś są moje urodziny.
Dziecięcy krzyk. Pierwsze powietrze wbijające się w małe
płucka nowo narodzonego...
-To chłopiec.
czwartek, 13 września 2012
Nowy Świat-Coś się kończy, coś...
-Na glebe!
Seria przeszła gładko, nisko nad nimi, wbijając się i rozpryskując o murek jakiegoś, na wpółzniszczonego domku.
Kasmir przywarł do czegoś, co kiedyś musiało być ścianą. Wyjrzał na chwilę i zaraz się cofnął. Koper jak zwykle ze swoim LKM-em mamrotał coś pod nosem, czekając, aż ogień, choć na chwile ustanie, by mógł rozłożyć dwójnóg.
Krótko ostrzyżony Kasmir przycisnął dłoń do swojego ucha.
-Hades, widzisz ich?
W słuchawce rozległ się spokojny głos.
~Tak. Pięciu gości, wszyscy po drógiej stronie ulicy w ruinie. Jeden rozstawia karabin...
Odgłos strzału z karabinu wyborowego gausa nie dało się z niczym pomylić. Usłyszał krzyk po drógiej stronie i strzały momentalnie ucichły. Kasmir wysunął się za osłony i przywalił krótką serią, wiedząc, że i tak nikogo nie trafi.
W tym samym czasie LKM został rozstawiony i do uszu dowódcy zespołu dobiegł głośny, przypominający ryk silnika terkot. Kule rozpędzane na szynach magnesowych samoróbkach wgryzły się w osłony po drógiej stronie ulicy. Teraz miał szansę.
Wychylił się i rzucił odbezpieczonym granatem zmontowanym przez ich pirotechnika.
Usłyszał po drógiej stronie krzyki i natychmiast wychylił się. Jeden z przeciwników próbował odbiec, ale precyzyjna seria trzech strzałów posłała go na glebę w tempie ekspresowym.
Zaraz później głośny wybuch uderzył w ich uszy, a przeciwnik został poszatkowany przez odłamki. Na chwilę zapadła cisza.
Koper splunął, po czym podniósł się zza osłony. Ten kawał łysego chłopa kiedy tylko cichły krzyki i odgłosy wystrzałów robił się nieludzko spokojny. Może dla tego jako jedyny z nich postanowił założyć rodzinę.
-Hades, widzisz kogoś?
~Nie. Wszędzie czysto.
Kasmir zaklął cicho. Podniósł dłoń by sprawdzić jak mechanizm nadgarstka spisuje się, mimo tego, że wczoraj odbiła się od niego kula. W żyłach mikronanoboty mieszały się z adrenaliną, która przez ostatnie trzy dni trzymała go przy życiu.
Koper nie był ranny, mimo tego, że reszta oddziału, pomijając nieśmiertelnego Hadesa, który zawsze wychodzi bez draśnięcia, nie żyła.
Proste zadanie...
Przychodzicie, zwijacie ostatnie katalizatory i spieprzacie.
Lekki opór przeciwnika.
Kurwa...
A miało być tak pięknie.
Wszystko sypnęło się już podczas rozpoznania. Hades przez trzy dni nie widział nikogo z nich na oczy, bo siedział ukryty w ruinach starego wieżowca, teraz nie mającego nawet połowy dawnej wysokości. Nie było mowy by wrócił, bo akurat musiał przyjechać przeciwnik i rozbić sobie obóz tuż pod nim.
A później, gdy chcieli po cichaczu zdobyć to po co przyszli...
Cóż, wywiązała się walka. I to ostra. Na tyle, że przy życiu pozostała tylko ich trójka, starając się wydostać z miasta.
A, że tamci, banda renegatów i kilka mutantów, nie chcieli ich przepuścić, to nie zostało im wiele możliwości, jak ostrzeliwać się i chować w kanałach pod miastem, gdy robiło się zbyt groźnie.
Ale ci skubańcy przyjechali po to samo co oni, tyle, że nie wiedzieli, gdzie tego szukać. Wiedzieli jednak jak zabezpieczyć jedyny, stojący jeszcze wiadukt, który pozwalał ominąć centrum miasta.
Każdy wiedział, że od centrów miast widm trzeba trzymać się z daleka, albo wjeżdżać tam połową dostępnych wozów opancerzonych.
To była losówka, albo napada Cię banda szajbusów którym promieniowanie i styl życia zrobiło kaszankę z łbów, albo stado zmutowanych zwierząt. Ewentualnie jakiś mech będący pozostałością po wojnie, z wyłączoną zdolnością do rozróżniania swój/wróg.
-Dobra, Hades, wycofaj się.
-A możemy zabrać pasażerkę?
Zapadła cisza, Koper jedynie uniósł brew.
Kasmir zastygł bez ruchu. Jego szare oczy przez chwilę wpatrywały się w widoczny wieżowiec, betonowy szkielet dawnego monstrum jakiejś korporacji.
-Że what?!
-Mam tu dziewczynę. Na oko 16 lat, chude i brudne. Mówi, że mieszkała tu z ojcem aż nie umarł. Załatwiła mi żywność, gdy wy bawiliście się w rambobambo. Nie żebym wam wypominał, że siedziałem tu sam jak palec i nikt nie raczył się mnie pytać czy mi wody nie brakuje, dajmy na to.
-Mieliśmy własne problemy Hadzio, złaź do nas z małą.
-Dobra, dobra, daj na luz. A niby to ja jestem czasem zbyt ponury.
Dwadzieścia minut później spotkali się przy wejściu na wiadukt. Tylko jeden łazik nadawał się do jazdy. Koper i Kasim czekali chwilę, sprawdzając cienkie szklane flakoniki z metalowymi obręczami będącymi katalizatorami. Kasmir obrócił się i już z daleka zobaczył idącego snajpera i nieznaną mu postać. Wyostrzył obraz mrugając dwukrotnie i przybliżył go sobie wyuczoną myślą, na tej samej zasadzie, co ktoś inny porusza dłonią.
Hades jak zwykle idący spokojnym, równym, prawie perfekcyjnie idealnym krokiem ze swym ukochanym karabinem, czarnym płaszczem typu kamo i lekkim LKZem (LKP-Lekki Kombinezon Zwiadowczy). Obok niego szła dziewczyna, trochę niepewnie i co chwilę truchtając by być na równi z ciemnowłosym bogiem podziemi.
Gdyby Kasmir miał ją opisać...
Chude takie, mizerne, brudne w starej koszuli poplamionej chyba smarem i przetartych dżinsach. Krótkie, wręcz szare włosy źle przystrzyżone, wystraszona minka i duże, wręcz dziecinnie wyglądające oczy.
Gdy zbliżyli się do nich Koper podszedł do dziewczyny i spokojnie zapytał się swoim niskim głosem przypominającym mruczenie niedźwiedzia.
Czymkolwiek był niedźwiedź, bo Kasmir jedynie słyszał o tym zwierzaku jakieś plotki. Podobno daleko na północy żyje jeszcze kilka nie zmutowanych.
-Jesteś ranna, spragniona?
Ta zaprzeczyła ruchem głowy, unikając spojrzenia. Wyraźnie nie pasowało jej to, że tyle osób na raz jest zainteresowanych jej osóbką. Jakby chciała się zapaść pod ziemie.
Kasmir przełączył się na termowizję i po chwili znów na normalny tryb widzenia.
-Daj jej jakieś proszki na gorączkę. Dobra panowie, młoda damo, spierdalamy stąd.
Po chwili łazik pędził już na drodze do Sare, małej mieściny w której mieli załatwić sobie lot do "stolicy".
Seria przeszła gładko, nisko nad nimi, wbijając się i rozpryskując o murek jakiegoś, na wpółzniszczonego domku.
Kasmir przywarł do czegoś, co kiedyś musiało być ścianą. Wyjrzał na chwilę i zaraz się cofnął. Koper jak zwykle ze swoim LKM-em mamrotał coś pod nosem, czekając, aż ogień, choć na chwile ustanie, by mógł rozłożyć dwójnóg.
Krótko ostrzyżony Kasmir przycisnął dłoń do swojego ucha.
-Hades, widzisz ich?
W słuchawce rozległ się spokojny głos.
~Tak. Pięciu gości, wszyscy po drógiej stronie ulicy w ruinie. Jeden rozstawia karabin...
Odgłos strzału z karabinu wyborowego gausa nie dało się z niczym pomylić. Usłyszał krzyk po drógiej stronie i strzały momentalnie ucichły. Kasmir wysunął się za osłony i przywalił krótką serią, wiedząc, że i tak nikogo nie trafi.
W tym samym czasie LKM został rozstawiony i do uszu dowódcy zespołu dobiegł głośny, przypominający ryk silnika terkot. Kule rozpędzane na szynach magnesowych samoróbkach wgryzły się w osłony po drógiej stronie ulicy. Teraz miał szansę.
Wychylił się i rzucił odbezpieczonym granatem zmontowanym przez ich pirotechnika.
Usłyszał po drógiej stronie krzyki i natychmiast wychylił się. Jeden z przeciwników próbował odbiec, ale precyzyjna seria trzech strzałów posłała go na glebę w tempie ekspresowym.
Zaraz później głośny wybuch uderzył w ich uszy, a przeciwnik został poszatkowany przez odłamki. Na chwilę zapadła cisza.
Koper splunął, po czym podniósł się zza osłony. Ten kawał łysego chłopa kiedy tylko cichły krzyki i odgłosy wystrzałów robił się nieludzko spokojny. Może dla tego jako jedyny z nich postanowił założyć rodzinę.
-Hades, widzisz kogoś?
~Nie. Wszędzie czysto.
Kasmir zaklął cicho. Podniósł dłoń by sprawdzić jak mechanizm nadgarstka spisuje się, mimo tego, że wczoraj odbiła się od niego kula. W żyłach mikronanoboty mieszały się z adrenaliną, która przez ostatnie trzy dni trzymała go przy życiu.
Koper nie był ranny, mimo tego, że reszta oddziału, pomijając nieśmiertelnego Hadesa, który zawsze wychodzi bez draśnięcia, nie żyła.
Proste zadanie...
Przychodzicie, zwijacie ostatnie katalizatory i spieprzacie.
Lekki opór przeciwnika.
Kurwa...
A miało być tak pięknie.
Wszystko sypnęło się już podczas rozpoznania. Hades przez trzy dni nie widział nikogo z nich na oczy, bo siedział ukryty w ruinach starego wieżowca, teraz nie mającego nawet połowy dawnej wysokości. Nie było mowy by wrócił, bo akurat musiał przyjechać przeciwnik i rozbić sobie obóz tuż pod nim.
A później, gdy chcieli po cichaczu zdobyć to po co przyszli...
Cóż, wywiązała się walka. I to ostra. Na tyle, że przy życiu pozostała tylko ich trójka, starając się wydostać z miasta.
A, że tamci, banda renegatów i kilka mutantów, nie chcieli ich przepuścić, to nie zostało im wiele możliwości, jak ostrzeliwać się i chować w kanałach pod miastem, gdy robiło się zbyt groźnie.
Ale ci skubańcy przyjechali po to samo co oni, tyle, że nie wiedzieli, gdzie tego szukać. Wiedzieli jednak jak zabezpieczyć jedyny, stojący jeszcze wiadukt, który pozwalał ominąć centrum miasta.
Każdy wiedział, że od centrów miast widm trzeba trzymać się z daleka, albo wjeżdżać tam połową dostępnych wozów opancerzonych.
To była losówka, albo napada Cię banda szajbusów którym promieniowanie i styl życia zrobiło kaszankę z łbów, albo stado zmutowanych zwierząt. Ewentualnie jakiś mech będący pozostałością po wojnie, z wyłączoną zdolnością do rozróżniania swój/wróg.
-Dobra, Hades, wycofaj się.
-A możemy zabrać pasażerkę?
Zapadła cisza, Koper jedynie uniósł brew.
Kasmir zastygł bez ruchu. Jego szare oczy przez chwilę wpatrywały się w widoczny wieżowiec, betonowy szkielet dawnego monstrum jakiejś korporacji.
-Że what?!
-Mam tu dziewczynę. Na oko 16 lat, chude i brudne. Mówi, że mieszkała tu z ojcem aż nie umarł. Załatwiła mi żywność, gdy wy bawiliście się w rambobambo. Nie żebym wam wypominał, że siedziałem tu sam jak palec i nikt nie raczył się mnie pytać czy mi wody nie brakuje, dajmy na to.
-Mieliśmy własne problemy Hadzio, złaź do nas z małą.
-Dobra, dobra, daj na luz. A niby to ja jestem czasem zbyt ponury.
Dwadzieścia minut później spotkali się przy wejściu na wiadukt. Tylko jeden łazik nadawał się do jazdy. Koper i Kasim czekali chwilę, sprawdzając cienkie szklane flakoniki z metalowymi obręczami będącymi katalizatorami. Kasmir obrócił się i już z daleka zobaczył idącego snajpera i nieznaną mu postać. Wyostrzył obraz mrugając dwukrotnie i przybliżył go sobie wyuczoną myślą, na tej samej zasadzie, co ktoś inny porusza dłonią.
Hades jak zwykle idący spokojnym, równym, prawie perfekcyjnie idealnym krokiem ze swym ukochanym karabinem, czarnym płaszczem typu kamo i lekkim LKZem (LKP-Lekki Kombinezon Zwiadowczy). Obok niego szła dziewczyna, trochę niepewnie i co chwilę truchtając by być na równi z ciemnowłosym bogiem podziemi.
Gdyby Kasmir miał ją opisać...
Chude takie, mizerne, brudne w starej koszuli poplamionej chyba smarem i przetartych dżinsach. Krótkie, wręcz szare włosy źle przystrzyżone, wystraszona minka i duże, wręcz dziecinnie wyglądające oczy.
Gdy zbliżyli się do nich Koper podszedł do dziewczyny i spokojnie zapytał się swoim niskim głosem przypominającym mruczenie niedźwiedzia.
Czymkolwiek był niedźwiedź, bo Kasmir jedynie słyszał o tym zwierzaku jakieś plotki. Podobno daleko na północy żyje jeszcze kilka nie zmutowanych.
-Jesteś ranna, spragniona?
Ta zaprzeczyła ruchem głowy, unikając spojrzenia. Wyraźnie nie pasowało jej to, że tyle osób na raz jest zainteresowanych jej osóbką. Jakby chciała się zapaść pod ziemie.
Kasmir przełączył się na termowizję i po chwili znów na normalny tryb widzenia.
-Daj jej jakieś proszki na gorączkę. Dobra panowie, młoda damo, spierdalamy stąd.
Po chwili łazik pędził już na drodze do Sare, małej mieściny w której mieli załatwić sobie lot do "stolicy".
wtorek, 4 września 2012
Nowy Świat-Prolog
-Fede...
Planeta możliwości...
Zysku...
Rozwoju...
Nauki...
Kiedyś.
Teraz?
Świat utraconych nadziei. Strat. Degeneracji. Upadającej cywilizacji.
A wszystko przez umre. Co to takiego, zapytałby ktoś z innej gwiazdy?
Substancja. Produkowana przez roślinę, której nie udało się wyhodować na innej planecie. Kamień filozoficzny medycyny. Źródło leków jak i... cyborgów i mutantów.
Źródło sporu...
A gdy statki przestały móc wylecieć z systemu, gdy pole gwiazdy z jakiegoś powodu nie pozwoliło im wyskoczyć w nad przestrzeń...
Wszystko wzięło i się...
Upadek.
Skłócone państwa.
Ktoś sięgnął po broń masowego rażenia.
Nie, to nie był jeden dzień bez nocy. Świat konał powoli, w męczarniach. Najpierw broń atomowa, później chemiczna, niedobitki walczących przez poprzednie dziesięć lat wojsk.
A gdy opadł kurz zagłady...
Na popiele narodził się Nowy Świat. NASZ ŚWIAT! MY przetrwaliśmy, MY pozostaliśmy! Lecz wojna się nie skończyła. Nie walczymy już z sąsiadami. Nie walczymy z narodami. Pozostali mutanci. Wynaturzeni ludzie. Zwierzęta po mutacjach są o wiele bardziej miłe memu sercu, niż te stwory. Chcą nas zniszczyć. Uważają, że to nasza wina! Że teraz, oto powinniśmy odejść w cień i pozostawić im ten świat. O nie... Na to się nie zgodzimy. NIECH SAMI GO WYDRĄ! Lecz po naszym trupie! My i nasi towarzysze, zmienieni przez technikę bronimy ostatnich resztek naszych krajów, naszych tradycji, naszej kultury.
Transmisja z radia urwała się. Stary Derin o siwych włosach postukał w nie poddenerwowany.
-Znów ucięło nam wujka Sama. Dobra dzieciaki, ruszamy.
Zapakowali się do łazików. Osiem osób. Kasmir jak zwykle stanął na działku. Był najbardziej opanowany ze wszystkich, po za tym masa cybernetyki jaką miał w głowie powodowała, że nie dało się z nim wpaść w pułapkę. No chyba, że jakiś geniusz ją zastawił.
~Jazda!
Usłyszeli w słuchawkach i zaraz popędzili pustkowiem wzbijając tumany kurzu. W tej części sektora, jedynie lekko radioaktywnego.
Planeta możliwości...
Zysku...
Rozwoju...
Nauki...
Kiedyś.
Teraz?
Świat utraconych nadziei. Strat. Degeneracji. Upadającej cywilizacji.
A wszystko przez umre. Co to takiego, zapytałby ktoś z innej gwiazdy?
Substancja. Produkowana przez roślinę, której nie udało się wyhodować na innej planecie. Kamień filozoficzny medycyny. Źródło leków jak i... cyborgów i mutantów.
Źródło sporu...
A gdy statki przestały móc wylecieć z systemu, gdy pole gwiazdy z jakiegoś powodu nie pozwoliło im wyskoczyć w nad przestrzeń...
Wszystko wzięło i się...
Upadek.
Skłócone państwa.
Ktoś sięgnął po broń masowego rażenia.
Nie, to nie był jeden dzień bez nocy. Świat konał powoli, w męczarniach. Najpierw broń atomowa, później chemiczna, niedobitki walczących przez poprzednie dziesięć lat wojsk.
A gdy opadł kurz zagłady...
Na popiele narodził się Nowy Świat. NASZ ŚWIAT! MY przetrwaliśmy, MY pozostaliśmy! Lecz wojna się nie skończyła. Nie walczymy już z sąsiadami. Nie walczymy z narodami. Pozostali mutanci. Wynaturzeni ludzie. Zwierzęta po mutacjach są o wiele bardziej miłe memu sercu, niż te stwory. Chcą nas zniszczyć. Uważają, że to nasza wina! Że teraz, oto powinniśmy odejść w cień i pozostawić im ten świat. O nie... Na to się nie zgodzimy. NIECH SAMI GO WYDRĄ! Lecz po naszym trupie! My i nasi towarzysze, zmienieni przez technikę bronimy ostatnich resztek naszych krajów, naszych tradycji, naszej kultury.
Transmisja z radia urwała się. Stary Derin o siwych włosach postukał w nie poddenerwowany.
-Znów ucięło nam wujka Sama. Dobra dzieciaki, ruszamy.
Zapakowali się do łazików. Osiem osób. Kasmir jak zwykle stanął na działku. Był najbardziej opanowany ze wszystkich, po za tym masa cybernetyki jaką miał w głowie powodowała, że nie dało się z nim wpaść w pułapkę. No chyba, że jakiś geniusz ją zastawił.
~Jazda!
Usłyszeli w słuchawkach i zaraz popędzili pustkowiem wzbijając tumany kurzu. W tej części sektora, jedynie lekko radioaktywnego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)