czwartek, 13 września 2012

Nowy Świat-Coś się kończy, coś...

-Na glebe!
Seria przeszła gładko, nisko nad nimi, wbijając się i rozpryskując o murek jakiegoś, na wpółzniszczonego domku.
Kasmir przywarł do czegoś, co kiedyś musiało być ścianą. Wyjrzał na chwilę i zaraz się cofnął. Koper jak zwykle ze swoim LKM-em mamrotał coś pod nosem, czekając, aż ogień, choć na chwile ustanie, by mógł rozłożyć dwójnóg.
Krótko ostrzyżony Kasmir przycisnął dłoń do swojego ucha.
-Hades, widzisz ich?
W słuchawce rozległ się spokojny głos.
~Tak. Pięciu gości, wszyscy po drógiej stronie ulicy w ruinie. Jeden rozstawia karabin...
Odgłos strzału z karabinu wyborowego gausa nie dało się z niczym pomylić. Usłyszał krzyk po drógiej stronie i strzały momentalnie ucichły. Kasmir wysunął się za osłony i przywalił krótką serią, wiedząc, że i tak nikogo nie trafi.
W tym samym czasie LKM został rozstawiony i do uszu dowódcy zespołu dobiegł głośny, przypominający ryk silnika terkot. Kule rozpędzane na szynach magnesowych samoróbkach wgryzły się w osłony po drógiej stronie ulicy. Teraz miał szansę.
Wychylił się i rzucił odbezpieczonym granatem zmontowanym przez ich pirotechnika.
Usłyszał po drógiej stronie krzyki i natychmiast wychylił się. Jeden z przeciwników próbował odbiec, ale precyzyjna seria trzech strzałów posłała go na glebę w tempie ekspresowym.
Zaraz później głośny wybuch uderzył w ich uszy, a przeciwnik został poszatkowany przez  odłamki. Na chwilę zapadła cisza.
Koper splunął, po czym podniósł się zza osłony. Ten kawał łysego chłopa kiedy tylko cichły krzyki i odgłosy wystrzałów robił się nieludzko spokojny. Może dla tego jako jedyny z nich postanowił założyć rodzinę.
-Hades, widzisz kogoś?
~Nie. Wszędzie czysto.
Kasmir zaklął cicho. Podniósł dłoń by sprawdzić jak mechanizm nadgarstka spisuje się, mimo tego, że wczoraj odbiła się od niego kula. W żyłach mikronanoboty mieszały się z adrenaliną, która przez ostatnie trzy dni trzymała go przy życiu.
Koper nie był ranny, mimo tego, że reszta oddziału, pomijając nieśmiertelnego Hadesa, który zawsze wychodzi bez draśnięcia, nie żyła.
Proste zadanie...
Przychodzicie, zwijacie ostatnie katalizatory i spieprzacie.
Lekki opór przeciwnika.
Kurwa...
A miało być tak pięknie.
Wszystko sypnęło się już podczas rozpoznania. Hades przez trzy dni nie widział nikogo z nich na oczy, bo siedział ukryty w ruinach starego wieżowca, teraz nie mającego nawet połowy dawnej wysokości. Nie było mowy by wrócił, bo akurat musiał przyjechać przeciwnik i rozbić sobie obóz tuż pod nim.
A później, gdy chcieli po cichaczu zdobyć to po co przyszli...
Cóż, wywiązała się walka. I to ostra. Na tyle, że przy życiu pozostała tylko ich trójka, starając się wydostać z miasta.
A, że tamci, banda renegatów i kilka mutantów, nie chcieli ich przepuścić, to nie zostało im wiele możliwości, jak ostrzeliwać się i chować w kanałach pod miastem, gdy robiło się zbyt groźnie.
Ale ci skubańcy przyjechali po to samo co oni, tyle, że nie wiedzieli, gdzie tego szukać. Wiedzieli jednak jak zabezpieczyć jedyny, stojący jeszcze wiadukt, który pozwalał ominąć centrum miasta.
Każdy wiedział, że od centrów miast widm trzeba trzymać się z daleka, albo wjeżdżać tam połową dostępnych wozów opancerzonych.
To była losówka, albo napada Cię banda szajbusów którym promieniowanie i styl życia zrobiło kaszankę z łbów, albo stado zmutowanych zwierząt. Ewentualnie jakiś mech będący pozostałością po wojnie, z wyłączoną zdolnością do rozróżniania swój/wróg.
-Dobra, Hades, wycofaj się.
-A możemy zabrać pasażerkę?
Zapadła cisza, Koper jedynie uniósł brew.
Kasmir zastygł bez ruchu. Jego szare oczy przez chwilę wpatrywały się w widoczny wieżowiec, betonowy szkielet dawnego monstrum jakiejś korporacji.
-Że what?!
-Mam tu dziewczynę. Na oko 16 lat, chude i brudne. Mówi, że mieszkała tu z ojcem aż nie umarł. Załatwiła mi żywność, gdy wy bawiliście się w rambobambo. Nie żebym wam wypominał, że siedziałem tu sam jak  palec i nikt nie raczył się mnie pytać czy mi wody nie brakuje, dajmy na to.
-Mieliśmy własne problemy Hadzio, złaź do nas z małą.
-Dobra, dobra, daj na luz. A niby to ja jestem czasem zbyt ponury.
Dwadzieścia minut później spotkali się przy wejściu na wiadukt. Tylko jeden łazik nadawał się do jazdy. Koper i Kasim czekali chwilę, sprawdzając cienkie szklane flakoniki z metalowymi obręczami będącymi katalizatorami. Kasmir obrócił się i już z daleka zobaczył idącego snajpera i nieznaną mu postać. Wyostrzył obraz mrugając dwukrotnie i przybliżył go sobie wyuczoną myślą, na tej samej zasadzie, co ktoś inny porusza dłonią.
Hades jak zwykle idący spokojnym, równym, prawie perfekcyjnie idealnym krokiem ze swym ukochanym karabinem, czarnym płaszczem typu kamo i lekkim LKZem (LKP-Lekki Kombinezon Zwiadowczy). Obok niego szła dziewczyna, trochę niepewnie i co chwilę truchtając by być na równi z ciemnowłosym bogiem podziemi.
Gdyby Kasmir miał ją opisać...
Chude takie, mizerne, brudne w starej koszuli poplamionej chyba smarem i przetartych dżinsach. Krótkie, wręcz szare włosy źle przystrzyżone, wystraszona minka i duże, wręcz dziecinnie wyglądające oczy.
Gdy zbliżyli się do nich Koper podszedł do dziewczyny i spokojnie zapytał się swoim niskim głosem przypominającym mruczenie niedźwiedzia.
Czymkolwiek był niedźwiedź, bo Kasmir jedynie słyszał o tym zwierzaku jakieś plotki. Podobno daleko na północy żyje jeszcze kilka nie zmutowanych.
-Jesteś ranna, spragniona?
Ta zaprzeczyła ruchem głowy, unikając spojrzenia. Wyraźnie nie pasowało jej to, że tyle osób na raz jest zainteresowanych jej osóbką. Jakby chciała się zapaść pod ziemie.
Kasmir przełączył się na termowizję i po chwili znów na normalny tryb widzenia.
-Daj jej jakieś proszki na gorączkę. Dobra panowie, młoda damo, spierdalamy stąd.
Po chwili łazik pędził już na drodze do Sare, małej mieściny w której mieli załatwić sobie lot do "stolicy".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz