Kubeł z
zimną wodą.
Oto co go
obudziło.
Chłód wody
ściekającej, skapującej po twarzy.
Tak dobrze
mu znana i prosta tortura. Skuteczna podczas długiego stosowania.
Tak jak i
fakt że jest w celi bez okien i dostaje jedzenie o nieregularnych porach. Nie pozwolą
mu by wszedł w rutynę, przywykł.
-No więc
panie jaszczurze. Co chce nam pan powiedzieć?
Podniósł
pysk i zmierzył lekko otyłego mężczyznę przed nim wzrokiem który mógłby
przerazić każdego zdrowego na umyśle.
I albo ten
łysy przed nim był chory psychicznie, albo gad o piaskowych łuskach wyszedł z
wprawy.
Cóż, zdarza
się nawet najlepszym.
-Wal się.
Odpowiedział
sucho i przymknął ślepia. Poczuł jak ktoś, prawie przyjacielsko klepie go po
policzku. Gwałtownym ruchem głowy spróbował odgryźć człowiekowi kilka palców.
Ten zaraz cofnął je i zaśmiał się trochę ochryple.
-Oj
jaszczurko, nie udawaj dzikiej, wiemy o tobie co nieco.
Gad zaklął w
myślach. Mimo że stanowił dwa metry żywej, zabójczej maszyny do zabijania nie
mógł teraz nic zrobić. Przykuty za kostki i nadgarstki do ściany miał dość
wąskie pole manewru.
-Panie
kapitanie… Oboje wiemy, że nawet gdybym teraz kazał pana rozkuć i tak by pan
nie uciekał. Zbyt dobrze pan zna procedury i wie, że nawet mając mnie za
zakładnika i tak nie ujdzie pan stąd żywy. Mylę się Tsach’Kaszu?
Jaszczur
przez chwilę wpatrywał się w człowieka. Niechętnie opuścił łeb i syknął
niezadowolony, że łysy już go rozgryzł.
Szczur
przebiegł szybko w kącie celi, na chwilę przykuwając jego uwagę.
-Co mi
grozi?
Człowiek
zagwizdał cicho i zrobił parę kroków, jakby zainteresowany niezwykłą ilością
przestrzeni w celi wykutej chyba w litej skale.
-W
najlepszym przypadku egzekucja. Stryczek. W gorszym łamanie kołem, czy
ćwiartowanie. Chyba, że pójdziesz na współpracę.
Tsach’Kasz
przez ułamek sekundy wahał się. Splunąć na człowieka i podpisać na siebie
wyrok, czy zaryzykować i wymigać się później. Gdyby wybrał śmierć to jego żona
pewnie poszła by do krain Przodków, zabrała go stamtąd i zabiła jeszcze raz.
Brrr…
-Dobra.
Łysy uniósł
brwi.
-Tak po prostu?
-Dałeś mi
dość wąskie pole manewru człowieku.
Mężczyzna
zaśmiał się.
-Zwierzę
zapędzone pod ścianę zrobi wszystko by przeżyć.
Jaszczur
zerknął na ssaka. Tamten był raczej niski, nawet jak na ludzką miarę, z bluznął
na czole pochodzącą z rany nadanej czymś tępym. Szare, nijakie oczy wpatrywały
się w niego. Jaszczur nie był pewien, ale wydało mu się, że widzi w nich błysk
sporej inteligencji. Nie wiedział czy uznać to za dobry znak, czy za
przeszkodę.
Przynajmniej
nie wysłali do niego na rozmowy jakiegoś tłuka.
-Zwierzę
tak. Człek zesra się ze strachu.
Ssak zaśmiał
się cicho.
-Rozkuć go.
Drewniane,
wzmocnione drzwi otworzyły się i do środka weszło dwóch strażników. Jeden
celował do jaszczura z kuszy, drugi podszedł do gada niepewnie i zaczął go rozkuwać.
Po chwili jaszczur stał już na nogach, rozcierając nadgarstki wprawiając ogon w
falisty ruch.
-Zostawcie
nas.
-Eee… Na
pewno? Toć to gadzia morda, nigdy nie wiadomo, czy…
-Won.
Strażnicy
posłusznie wyszli.
-Jestem
Gerth, tyle musisz wiedzieć.
-Nie tylko
pan jest dobrze poinformowany.
Człowiek
uniósł brwi.
-A co pan
wie?
-Gereth
Wede, jeden ze szpiegów króla Torena II, jeden z tych najlepszych i o
niekonwencjonalnym sposobie działania w odróżnieniu do innych. Najpierw myśli,
potem działa.
Lekko otyły
mężczyzna prychnął cicho. Zbliżył do jaszczura.
-Słuchaj
kapitanie. Nasze kraje są w stanie wojny a ty, choć emerytowany, masz spore
ruchy w wojsku. Mam uwierzyć w tę bajeczkę, ze jesteś tu z powodów prywatnych?
-Nie…
-No więc
jaka jest prawda.
-Taka, że
jestem tu prywatnie. Ale możesz wierzyć człeku w co chcesz.
-No więc co
tu niby robisz prywatnie, hę?
-Szukam
ojca.
-Taaaa… A ja
niebieskich karzełków mieszkających pod muchomorami.
-Mój ojciec
to zabójca. Niezły.
Gerth uniósł
brwi.
-Kontynuuj…
-Na tyle
niezły, że przyjął zlecenie…
-Na króla?
-Niieeee… To
by było dla niego zbyt proste.
-No więc?
-Przyjął
zlecenie na kilka osób. Między innymi na Ciebie.
Zapadła
cisza. Jaszczur stał spokojnie, ale szpieg przed nim nie dał rady ukryć podenerwowania.
-Taaa… A jak
znajdziesz swojego ojca?
-Prawdopodobnie
dogadam się z nim by rzucił to zlecenie w cholerę.
-Tiaaa… To
upewnijmy się że niedługo się z nim spotkasz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz