piątek, 30 listopada 2012

Przed oblężeniem

-Grunar?
Mężczyzna odwrócił się na koniu i zerknął na towarzysza. Jego poorana twarz jak zwykle przypomniała mu ile razem przeszli. Sam nie wyglądał lepiej z uchem dotkliwie poparzonym. Żywot najemnika kwiatami usłany zdecydowanie nie jest.
-Hę?
-Jak myślisz, wyrobią się na czas?
Grunar chwilę milczał. Spojrzenie niebieskich, bystrych oczu, nie pasujących do postury łysego mięśniaka, przez chwilę utkwione było w kamiennym moście pod nimi, gdy zjeżdżali po zboczu góry starym, zrobionym przez krasnoludy traktem. Solidny, dobrze ułożony kamień, musiał mieć pewnie kilka wieków.
-Mam nadzieję Bodik. Mam nadzieję... Inaczej czeka nas nie miła niespodzianka.
-Przynajmniej może zdążymy se pochędożyć.
Grunar parsknął cicho.
-Tobie jak zawsze jedno w głowie. Za góra trzy dni do Lerden dotrze banda tego całego lorda Mordena i co zrobimy? G zrobimy! Już i tak depczą nam po piętach.
Bodik żachnął się, ale nic powiedział. Powoli wjechali na most nad przepastnym kanionem w dole. Po ich prawej stronie, daleko widać było zarys wodospadu, rzygającego wodą, że aż miło patrzeć. Po godzinie jazdy dojechali do Lerden. Grunar zadał sobie dobre pytanie...
Kto u licha wpadł na genialny pomysł, by zbudować miasto w kotlinie? Jasne, super, można do niego podejść tylko od jednej strony, gdzie czeka wysoki mur zrobiony ręką krasnoludów i ludzi, bo reszta osłonięta wysokimi górami, jakby wielki potwór chapnął stąd kawał skały, ale... A gdyby tak mieszkańcy chcieli nawiać? Jedyna droga prowadziła przez otwarte pole przed miastem, a zgadnijmy, gdzie będą stacjonować oblegające go siły?
A te się zbliżały. Niejaki lord Morden postanowił zagarnąć sobie te ziemie, a dumny, krasnoludzki tan Meder syn Merena, nie miał zamiaru ułatwiać mu zadania.
I dobrze, bo jeśli wygrają, to do ich kiesy wpadnie sporo krasnoludzkiego złota.
Ale wojen nie wygra się tylko złotem, jeśli nikt go nie chce, bo wolą łaski tego lordunia. Trudno, więcej dla nich.
Wjechali przez bramę, gdy potwierdzili listem swą tożsamość. skierowano ich do karczmy. Godzinę później Grunar siedział już popijając powoli kufel ludzkiego, rozwodnionego piwa (krasnoludzkie będzie pił po oblężeniu) i dogryzając kawał kiełbasy. Przed nim siedział Bodik, który już przydybał sobie jakąś tutejszą dziewkę o długich warkoczach i uroczym uśmiechu. Bodik, mistrz topora i kuszy, gość, który kocha lać się po mordzie z byle pretekstu, znów uśmiechał się potulnie do dziewczyny, która zasypywała go pytaniami o szeroki świat.
Grunar uśmiechnął się do własnych myśli. Że też ta wielka, brzydka jak noc październikowa beczka testosteronu robiła się przy kobietach tak grzeczna. Wstał powoli i wyszedł na zewnątrz karczmy, by raz jeszcze odetchnąć głęboko. Nie chciało mu się wracać, więc tylko poprawił miecz i ruszył na miejski mur. Jakiś młody blondasek akurat pełnił wartę. Miał może... Szesnaście wiosen na karku?
Diabli wiedzą...
Jedno jest pewne, bał się, cholernie się bał. Ale włącznie trzymał pewnie, co zdradzało, że krasnoludy zawczasu wszystkich przygotowywały na taką ewentualność.
-Ponoć jeszcze kto ma przyjechać nam dopomóc.
Grunar pokiwał głową opierając się o mur.
-Różne plotki chodzą. Że jakiś mag się pojawi, bitny oddział krasnoludów... A nóż jakiś ludzki? Ylfy by się przydały z łukami. Choć nie, kusze brodaczy bardziej. Macie tu jakąś broń palnął?
Blondyn pokiwał energicznie głową.
-Tak... Będzie z mały oddział krasnoludów z rusznicami, no i mamy te ich orge... orgar...
-Organki...
Dokończył Grunar i prześlizgnął wzrok po murze. W ostatnich basztach, jak gdyby wtopionych w skałę widział wyraźnie stanowiska na jedną z najlepszych krasnoludzkich broni. Osiem połączonych ze sobą, pomniejszonych dział robiło spustoszenie każdą salwą. Ale... Wiedział aż za dobrze, że w najlepszym przypadku mogą liczyć na stosunek 1:10. I to jeden to właśnie ich, obrońców. A pewnie będzie jakieś 1:12. Diabli wiedzą...
Zaciągnąłby się do lorda, ale... Znał go dość dobrze. To właśnie on kazał mu przypalić część twarzy pochodnią. Za co? Śmiechu warte, za rzekome: zawracanie głowy jego córce.
A czemu śmiechu warte?
Bo to z jego żoną romansował, jako oficer najemników podczas jakiejś jego kampanii. I to dało mu doświadczenie, by wiedzieć, gdzie i co jak rozstawią. No przecież nie nająłby się jako prosty miecz, co to to nie.
Spojrzał na powoli zachodzące słońce.
-Jutro czeka nas sporo pracy młody.
Poklepał blondyna po ramieniu.
-Jak Cię zwą?
-Melik... Panie.
-Melik... I ja nie żaden pan, tylko Grunar po prostu. Trzymaj się...
Najemnik wrócił do karczmy. Bodik znikł gdzieś z młódką. Nawet nie musiał się domyślać gdzie. Dopił piwa i oparł się o ścianę. Przez chwilę przyglądał się ludziom i nieludziom w karczmie. Ludzie wyraźnie szukali sposobu by odreagować, jakaś dziewka puszczała mu oczko. Nie zwrócił uwagi...
Krasnoludy...
Siedziały i piły, rozmawiały przyciszonym głosem, czasem wybuchając śmiechem.
Zerknął ku wejściu. Ktoś je otworzył i do środka...
-Grunar!
Zawołał do najemnika krasnolud o długiej, rudej brodzie. Łysy natychmiast zerwał się miejsca i ruszył do krasnoluda. Za nim stał kolejny, w bogatej, doskonale wykonanej zbroi i z długi i szerokim mieczem na plecach i zadbaną blond brodą, gdy sam rudy miał na plecach prostą tarcze, na łbie hełm z rogami , miecz i młot przy pasie.
-Boron! Mredren! Cholerni miło mi was...
Urwał, gdy rudy przywalił mu z piąchy w brzuch.
-Ha! Mówiłem, że się odwdzięczę!
Zawołał wesoło rudy. Grunarowi nie było jednak tak wesoło.
-Mnie też... Cię miło widzieć.
Mruknął prostując się. Blond krasnolud skinął jedynie głową. Jak zwykle poważny, dostojny, dawał nieomylne wrażenie bycia kimś ważnym. I był...
Ale to dawne dzieje.
Za brodaczami wszedł ktoś jeszcze. Wyższy nawet od Grunara jaszczur o piaskowych łuskach, odziany w skórznie, z tarczą na plecach i długim mieczem u boku. Najemnik słyszał o tej broni. Ponoć duchy pustyni wykuwały takie ostrze dla każdego jaszczura, który przeżył drogę do nich i ich testy. A to znaczyło, że ma przed sobą nieznanego mu, twardego jak krasnolud w kłótni o wyższość złota nad każdym innym kruszcem, wojownika.
Jaszczur spojrzał na mężczyznę niepewnie, ale odezwał się pierwszy.
-Feres'Erts.
Wyciągnął do człowieka dłoń pokrytą piaskowymi łuskami.
-Grunar. Według ojca nazwisko splamiłem rzucając w cholerę arystokratyczne pochodzenie, więc wybaczysz mi, że się nim nie przedstawię. Co znaczy twoje imie?
Jaszczur pozwolił sobie na lekkie falowanie ogona. Lubił, gdy ssaki wiedziały co nieco o jego kulturze.
-Grunt o który warto się oprzeć.
Łysy uśmiechnął sie. Podniósł dłoń by zmierzwić czarną brodę, która jednak krasnoludom dorównać nie mogła.
-Siadajcie. Przyjechaliście bić się?
-A jakże!-zawołał rudy Boron- za dziewki, honor i kamień! W tej kolejności!
Mredren pokręcił głową i odezwał się, jak zwykle spokojnym głosem.
-Mam swoje powody. Ale Boron ma rację, honor jest wśród nich.
-A ty jaszczurze? Za co się bijesz?
-Dla wyzwania. By sprawdzić się.
Najemnik pokiwał głową. Wszyscy siedli do stołu i po chwili wznieśli kufel w toaście. Born zapytał się wesoło.
-Bodik jest z tobą?
-Jest... Zgadnij gdzie.
Rudy zarechotał, jaszczur spojrzał się pytająco na towarzyszy.
-Długo by gadać. Niektórzy pomimo brzydkiej gęby mają słabość do prostych dziewek, a dziewki do nich.
Odpowiedział Grunar i oparł sie o ścianę.
-Tak czy siak, będzie wesoło. Wiecie, czy ktoś jeszcze ma przyjść?
Tu ożywił się Mredren.
-Zebrałem sporą grupę młodych. Gdy wszkolimy sie i będzie nas więcej, odbijemy mój dom a oni tam zamieszkają i utworzą własne klany. Póki co, walczymy dla innych.
Najemnik pokiwał głową. Mieli szanse. Nawet spore... A coś w kościach mu mówiło, że ktoś jeszcze się zjawi.
Jaszczur zaś wydawał sie spięty. Zapachy nacierały na jego język brutalnymi falami. Ale...
Czuł się dobrze.
Czuł, że zadowoli przodków. Krasnoludy to dobre towarzystwo. Wie co to honor, odwaga. Ceni wolność i bystrość. Jedynie gdyby jeszcze bardziej cenili higienę...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz