Szeregowy Samuel Walt nerwowo sprawdził parametry broni. Z karabinem bojowym starej jak świat firmy Heckler&Koch wszystko było jak zwykle w porządku. Zimna stal nigdy nie wydawała się denerwować, choćby pod lawiną ognia.
Zawsze go to dziwiło. W jakiś pokrętny sposób zaskakiwało go, że ubrany pancerz do działania w warunkach zagrożenia biologicznego, uprzęże, pistolet, dwa granaty szturmowe i trzy doczepione do pasa granaty termiczne pasujące do podwieszonego pod lufą granatnika, nigdy jakoś nie wykazywały oznak stresu.
Odbija ci Walt, wdech wydech i do przodu.
Łatwo pomyśleć, trudniej zrobić. Stracili kontakt z zespołem ośrodka jakieś... Trzy dni temu? Z początku myślano, że to problemy z łącznością spowodowane niedawną burzą nad całą planetą o niespotykanym rozmiarze, ale...
Powinni się już odezwać, no nie?
Zerknął przed siebie na kaprala i siedzącego obok niego sierżanta Greysona, który w spokoju przyglądał się swojej broni. Diabli wiedzą, o czym teraz myślał, ten małomówny po za walką jegomość. No ale...
Sześcioosobowy oddział. Stacjonowali na tej wspaniałej, wypalonej do pyłu planecie, gdzieś w zapomnianym przez Boga sektorze galaktyki.
Kolejna cudna planeta, która witała ludzi setkami sposobów by się ich pozbyć, jak gdyby wszystkie w okolicy wiedziały, co się stało z matką ziemią.
Ale póki nie było organizmów, które witały przybyszów niczym patogen... Jak na 90% nadających się do zamieszkania planetach... Nie było o co się aż tak martwić.
Aż do teraz...
-Sir, wiadomo czemu oni każą nam nosić typ pancerza BIO?
Odezwał się, jak gdyby czytając w myślach Walta, siedzący obok niego starszy szeregowy Helion, jak mawiali na tego szturmowca z zapędami piromanckimi.
Sierżant nawet nie unosząc głowy odpowiedział wprost do komunikatorów drużyny.
-Nie Hel... Ale mam podejrzenia, że wolą uniknąć powtórki z Edisona IV.
Walt wzdrygnął się. Druga nadająca sie do zamieszkania, choć też tylko pod kopułami planeta w tym układzie... Na jednej ze stacji wybuchła epidemia. Oddział jaki miał ją zabezpieczyć zaraził się z powodu złego stanu sprzętu i... Dwa tysiące trupów z powodu jakiegoś pasożyta? Znaleźli niby trutkę na bydlaka, która chorych przy okazji nie zabija, ale... Minęło pięć lat, a wciąż była to jedna z najgorszych katastrof tego typu. Nie, ludzki układ odpornościowy był tragiczny w porównaniu ze wszystkim co mieszkało po za ziemią.
I cholera... Na Edisonie, podobnie jak tu, na Matre, ponoć życia organicznego nie było. Wolał się nie zdziwić.
Zerknął na ich technika. Jedyny cywil, inżynier, który miał naprawić łącza komunikacyjne.
Pilot odezwał sie w ich komunikatorach.
-Czas dotarcia T minus dwie minuty.
Zakomenderował, a Walt przełączył się na obraz z kamer transportera.
Sucha, szara, gorąca jak diabli planeta, bez choćby jednej chmurki teraz na niebie, za to czasem smagająca kwaśnym deszczem i piaskową zamiecią, na zmianę z piorunami i huraganami. Choć dziś pogoda była...
Ładna. Jeśli można tak powiedzieć o 70 stopniach Celcjusza w cieniu i ponad setce w słońcu.
No ale przynajmniej transportera sunącego nad ostrymi jak brzytwa skałami, nie znosił żaden wiatr, ani nie wgryzał się w pancerz kwaśny deszcz. Co po osłonach kinetycznych podczas deszczu... NIC! Cała technika 26 wieku nie potrafi sobie poradzić z czymś tak trywialnym jak deszcz, czy burza piaskowa. A przecież nie był to problem jednej planety.
-Kontakt wzrokowy.
Odezwał się pilot, a Walt zaraz przełączył widok na kolejną kamerę, oglądając błyszczący daleeeeko, zbrojonym szkłem i z wystającą wierzą radiową.
-Zrób oblot. Chcę wiedzieć, czy nie doszło do widocznej dehermetyzacji.
Głos sierżanta był jak zwykle spokojny.
No tak, to było to, co mogło się zdarzyć. Gdyby gdziekolwiek do tego doszło, trujące gazy, bo powietrzem się tego nazwać nie dało, wybiły by w kilka minut wszystkich z obszaru. Ale przecież istniały śluzy i cały obiekt by nie wymarł momentalnie, a i w każdej sekcji były maski gazowe, które powinny starczyć tym pechowym, dopóki by za dużo ciepła się nie wdarło i ich nie zagotowało.
Zbliżyli się.
Obiekt nabierał kształtów, przypominając rozciągniety na suchej skorupie planety krzyżyk z rozchodzącymi się od niego, cieńszymi korytarzami. Jakieś dwa kilometry od niego widać było krater kopalni odkrywkowej. Uran zawsze był cennym surowcem.
-Brak widocznej dehermetyzacji, ani innych uszkodzeń sierżancie.
Odezwał się cywil, który na wyświetlonym nad nadgarstkiem ekraniku obserwował wszystkie zdjęcia i przybliżał wszystko co wydało mu się podejrzane.
-Co ciekawe... Wszystkie maszyny są na miejscach w hangarach. A przecież wydobycie prowadzono dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Kapral odezwał się, nie kryjąc irytacji na cywila.
-Sami wprowadzacie procedury a o nich nie myślicie. Przecież podczas burzy musieli sie chyba pochować, no nie?
-No, racja, racja...
Mruknął cywil, zamykając się zaraz. Też miał na sobie pancerz, choć z broni miał tylko krótki pistolet, nie będący właściwie w stanie przebić nawet tarczy i pancerza choćby takiego kombinezonu jaki teraz wszyscy mieli na sobie.
-Lądujemy.
Mruknął sierżant, a transportowiec znieruchomiał w powietrzu, by odwrócić się zaraz powoli. Z jego spodu wysunęły się cztery, metalowe odnóża i spoczęli na płycie.
-Mamy już dostęp do wewnętrznych kanałów komunikacyjnych?
Zapytał inżyniera, a ten tylko skinął głową.
-Próbuję kogokolwiek wywołać od trzech minut. Bez odpowiedzi.
-Na przyszłość. Zakaz łączenia się z kimkolwiek bez mojej zgody.
Warknął sierżant, dając wszystkim znak do rozpięcia pasów.
Cywilbanda...
Wyleźli z
transportera.
Ruszyli przez rozgrzaną płytę w stronę śluzy. Wpisali kod na wciąż działającym i podłączonym panelu. Komora dehermetyzująca i…
Ruszyli przez rozgrzaną płytę w stronę śluzy. Wpisali kod na wciąż działającym i podłączonym panelu. Komora dehermetyzująca i…
Wleźli do
środka.
-Cholera
jasna. Wszystko jest… ideanie.
Mruknął inżynier, rozglądając się.
Mruknął inżynier, rozglądając się.
Korytarz
był. W idealnym stanie. Wykazy pokazywały temperaturę dwudziestu dwóch stopni,
ponad dwadzieścia procent tlenu z resztą z azotu i ułamkiem dwutlenku węgla.
Ciśnienie właściwie, grawitacja jak na całej planecie, trochę niższa od ziemskiej,
choć ledwie zauważalnie. Cywil sięgnął do twarzy by zdjąć hełm. Walt doskoczył
do niego i chwycił go za rękę.
-Odpierdoliło
Ci?
Cywil zmieszał się i opuścił rękę, a Walt zerknął na sierżanta, który uniósł tylko kciuk do góry, dając znać, że w pełni popiera jego reakcję.
-Pusto… Gdyby to była wina łącza, powinien tu ktoś na nas czekać.
Burknął kapral.
-Broń w pogotowiu. Odbezpieczona. Nie, pan panie inżynierze niech pistoletu nie wyciąga.
Mruknął sierżant w kanale komunikacji zaraz piątka żołnierzy miała podniesioną broń.
-Panie sierżancie.
-Co znowu?
Warknął dowódca do inżyniera, który znów zabrał głos.
-Mam odczyty… W sektorze trzecim, to jest tym korytarzem w lewo, nastąpiła dehermetyzacja od strony podłoża. Utracono także zasilanie w tym miejscu, a śluzy są zamknięte.
Walt uniósł brwi. A jednak na coś się cywil przydał. Poczekał na rozkaz, który zaraz padł.
-Idziemy. Cywil w środek, Helion na szpicy, Walt tylnia. Kapral, utrzymuj łączność z pilotem. Kpw? No to jazda.
Ruszyli lekkim truchtem korytarzem. Każdy z żołnierzy lekko przygarbiony, jak gdyby zaraz mieli paść na glebę pod ostrzałem. Cywil chyba nie czuł tego, że jest jakkolwiek zagrożony.
Cywil zmieszał się i opuścił rękę, a Walt zerknął na sierżanta, który uniósł tylko kciuk do góry, dając znać, że w pełni popiera jego reakcję.
-Pusto… Gdyby to była wina łącza, powinien tu ktoś na nas czekać.
Burknął kapral.
-Broń w pogotowiu. Odbezpieczona. Nie, pan panie inżynierze niech pistoletu nie wyciąga.
Mruknął sierżant w kanale komunikacji zaraz piątka żołnierzy miała podniesioną broń.
-Panie sierżancie.
-Co znowu?
Warknął dowódca do inżyniera, który znów zabrał głos.
-Mam odczyty… W sektorze trzecim, to jest tym korytarzem w lewo, nastąpiła dehermetyzacja od strony podłoża. Utracono także zasilanie w tym miejscu, a śluzy są zamknięte.
Walt uniósł brwi. A jednak na coś się cywil przydał. Poczekał na rozkaz, który zaraz padł.
-Idziemy. Cywil w środek, Helion na szpicy, Walt tylnia. Kapral, utrzymuj łączność z pilotem. Kpw? No to jazda.
Ruszyli lekkim truchtem korytarzem. Każdy z żołnierzy lekko przygarbiony, jak gdyby zaraz mieli paść na glebę pod ostrzałem. Cywil chyba nie czuł tego, że jest jakkolwiek zagrożony.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz